Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Rozmowa z dr Joanną Grzymałą-Moszczyńską, psycholożką społeczną z Instytutu Psychologii Uniwersytetu Jagiellońskiego i wolontariuszką Fundacji Ocalenie

Monika Waluś: Który to raz wyjechała pani pomagać na granicy polsko-białoruskiej?

Joanna Grzymała-Moszczyńska: Jako wolontariuszka Fundacji Ocalenie jestem tu już trzeci raz. Po raz pierwszy przyjechałam na początku października i wracałam na kolejne dyżury, bo działamy w systemie zmianowym. Zazwyczaj przyjeżdżamy w cztery osoby. Dwie z osoby fundacji i dwie wolontariuszki, bo 90 proc. osób pomagających to kobiety. Zostajemy przez cztery dni. 

Kiedy poczuła pani, że powinna tam być?

- Obserwowałam to, co dzieję się na granicy, odkąd uchodźcy z Afganistanu dotarli do Usnarza Górnego. Na początku miałam wątpliwości, czy jechać, bo nie było jasne, czy taka pomoc jest tam potrzebna. Nie chodzi o to, że ja bardzo chciałam jechać. Raczej poczułam, że nie mam siły, by tego nie zrobić. Wiem, że dobrze sobie radzę w sytuacjach kryzysowych (oczywiście ma to swoją cenę, jestem tego świadoma) i pomyślałam, że może uda się choć trochę pomóc. 

Jest pani bliżej potrzebujących, ale nadal dzieli was dystans. 

- Nie możemy dotrzeć bezpośrednio do osób, które znajdują się w strefie stanu wyjątkowego, co ogromnie utrudnia pomoc. 

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Więc jak im pomagacie?

- Jest kilka scenariuszy. Jeśli już ktoś jest poza strefą, próbujemy się dowiedzieć, czego ta osoba potrzebuje. Możemy przywieźć gorącą herbatę, ciepłą zupy, suche ubrania, śpiwór czy powerbanki. Wszystko, co pozwala dłużej przetrwać. Pytamy też, czy chce złożyć wniosek o ochronę międzynarodową w Polsce i, w zależności od decyzji tej osoby, działamy. Jeżeli tej ochrony nie chce, nie informujemy nikogo o spotkaniu. Jeżeli chce, staramy się zaprosić media, by jak najwięcej osób widziało, jak ten ktoś składa wniosek o ochronę. I zawiadamiamy straż graniczną. Gdy to konieczne, udzielamy także podstawowej opieki medycznej. Przeszliśmy kurs udzielania pierwszej pomocy, zwłaszcza tej związanej z hipotermią, bo teraz to największe zagrożenie. Dziś [w ostatni wtorek - red.] spadł pierwszy śnieg. Czasem konieczna jest profesjonalna pomoc lekarska, ogromną robotę tu wykonali Medycy na Granicy. Ale zanim wezwiemy państwową karetkę, która miałaby ich zabrać do szpitala, musimy uprzedzić uchodźców, że razem z nią przyjadą też strażnicy graniczni. 

Często chcą zostać w naszym kraju?

- W większości nie. Przynajmniej te osoby, które sama spotykałam, nie chciały, mimo że były przerażone wizją powrotu na Białoruś. Jedna z grup obawiała się, że próbując im pomóc, ściągniemy uwagę służb. To spowodowałoby kolejne wypchnięcie do Białorusi i uniemożliwiło przedostanie się do Niemiec czy do Francji.

Każde takie spotkanie jest przejmujące, boimy się też, że chcąc pomóc, możemy zaszkodzić. Że służby pojadą za nami i ujawnimy miejsce pobytu grupy. Czasem mam poczucie, jakbym robiła coś supernielegalnego, podając drugiemu człowiekowi miskę zupy. Niestety, są sytuacje, w których służby traktują nas, jakbyśmy robiły coś złego. 

Na przykład?

- Zdarzyła mi się, że funkcjonariusze policji próbowali nas zastraszyć. Najpierw wmawiali nam, że przekroczyłyśmy granicę strefy stanu wyjątkowego, chociaż tak nie było. Później powiedzieli, że gdy jeszcze raz nas zobaczą w tej okolicy, to nas aresztują i to już sąd będzie rozstrzygał, czy byłyśmy w strefie czy nie. Są więc próby zniechęcania osób do niesienia pomocy. Coraz częściej zdarzają się kontrole, przeszukania samochodów, nie zawsze wiemy, kim są te osoby z karabinami, które zabierają nam dowody osobiste. Czasem sygnały od służb są bardziej dosadne – ktoś spuścił powietrze z opon karetki Medyków na Granicy, gdy byli na interwencji. W pobliżu stał samochód na wojskowych rejestracjach i umundurowane osoby. Później w ich prywatnych samochodach wybito szyby. Słyszałam, że w rejonie strefy pojawiły się grupy nacjonalistów. Ubrali kominiarki, biegali po okolicy i atakowali osoby pomagające uchodźcom. To jest dodatkowy wymiar, który utrudnia niesienie pomocy na granicy. 

Macie świadomość, że możecie z pomocą nie zdążyć? Że będzie za późno? 

- Za każdym razem jadąc na interwencję do lasu, mamy świadomość, że możemy znaleźć ciało osoby, która tam zmarła. I muszę przyznać, że jest to dla mnie przerażająca wizja. Mieliśmy interwencję, która dotyczyła dwóch braci. Pochodzili z Homs w Syrii, miasta praktycznie zrównanego z ziemią w czasie wojny domowej. Mężczyźni, którzy przeżyli tę wojnę w Syrii swojej ojczyźnie, niemalże zamarzli w polskim lesie. Gdy wolontariusze do nich dotarli, byli już w drugim stadium hipotermii. To bardzo poważne zagrożenie dla życia, bo łatwo wtedy doprowadzić do zatrzymania akcji serca. A co jeśli jechałaby za nimi straż graniczna i dziewczyny musiałyby poczekać? O tym, że przeżyli, zadecydowały minuty. To jest naprawdę straszne. Przecież nikt w Polsce nie musiałby zamarzać w lesie! Jesteśmy dużym i bogatym krajem, możemy dać tym osobom schronienie, ale tego nie robimy. 

Zabierasz stamtąd potężny bagaż emocji.

- Mogę mówić o różnych swoich odczuciach, ale jeżdżę pomagać na granicy przez kilka dni w miesiącu. Po nich wracam do swojego komfortowego życia w Krakowie. To wszystko zostaje ze mną na poziomie emocjonalnym, ale gdy mam dłuższą przerwę, mogę się od tego trochę odciąć. Wiele osób mieszkających na Podlasiu udziela tam pomocy od wielu tygodni i te emocje towarzyszą im non stop. Chociaż mamy świetnie zorganizowany system pomocy psychologicznej, to zazwyczaj niosącym pomoc lokalsom nie wystarcza czasu, by z niej skorzystać. Każdy, kto angażuje się w takie działania, musi mieć możliwość porozmawiania z kimś, zadbania o własne ciało - coś, co przywróci poczucie bezpieczeństwa. 

Gdzie niosący pomoc mogą to wsparcie dla siebie znaleźć?

- Wiele osób nieodpłatnie wspiera ludzi pracujących na granicy – psycholożki, psychoterapeuci, interwentki kryzysowe. Każda osoba, która przeżywa trudności w związku z tym zaangażowaniem, powinna dostać pomoc w "odwentylowaniu się" z tych doświadczeń. To, czego jesteśmy tu świadkami, jest dla wielu osób traumatycznym doświadczeniem. Sama będąc blisko strefy stanu wyjątkowego, mam poczucie, jakbym była na wojnie. Na każdym kroku widzę mnóstwo służb, co chwilę mijają nas samochody wojskowe. Wychodzę na przykład rano do sklepu, by coś kupić, a przed Żabką stoi karetka wojskowa. To widoki jak z filmów, nie jestem do tego przyzwyczajona, większość z nas nie jest. 

Któregoś dnia jednak, podczas dyżuru, napisała pani na Facebooku: „Nuda jeszcze nigdy nie była taka straszna". O co chodziło?

- To było wtedy, gdy do Kuźnicy dotarła duża grupa uchodźców, a służby wzmocniły swoje działania przy granicy. Miałam wtedy dyżur i przez całą zmianę tylko raz mogłyśmy wyjechać do ludzi do lasu. Ta cisza, to czekanie w napięciu właściwie nie wiadomo na co, coś przerażającego. Mamy pełne magazyny zapasów, ubrań, jedzenia i w każdej chwili możemy pojechać komuś pomóc, ale nie możemy tego zrobić, bo przeszkadza w tym rozgrywka polityczna, na której cierpią konkretni ludzie. 
Nie powinno być tak, że ratowaniem ludzi przed zamarznięciem zajmują się osoby, dla których to często pierwsze takie doświadczenie. O tym, czy kogoś uda się uratować lub chociaż nakarmić, decyduje przypadek. Powinien istnieć system pomocy zorganizowanej przez państwo, organizacje humanitarne. Teraz działa głównie system przemocy, z którym walczymy po partyzancku.

Czuje pani złość czy bezsilność?

- Te uczucia się przeplatają. Są momenty ogromnej złości, ale gdy zaczyna brakować energii, przychodzi zrezygnowanie, bezsilność, smutek. Aż do momentu, gdy znów trzeba działać… Ale zdarzają się też historie, które dają mi siłę. Spotkałam w lesie dwie Syryjki. Jedna z nich, około 40-letnia, powiedziała nam, że kilka dni wcześniej poroniła, w lesie. Najpierw chciały, żebyśmy wezwali ambulans, ale był z nami lekarz, który udzielił im pomocy. Gdy zjadły i trochę się uspokoiły, poszły dalej. Potem dostaliśmy wiadomość od nich, że udało im się dotrzeć tam, gdzie chciały dotrzeć. Udało się dać im krótkotrwałą ulgę, wzmocnić je i dzięki temu - miejmy nadzieję - mogły dołączyć do swoich bliskich. Zostają ze mną też te małe rzeczy: przerażone spojrzenie albo zimna mokra stopa, którą można ogrzać i ubrać na nią suchą skarpetę. W większości te spotkania są bardzo krótkie. Im dłużej siedzi się z nimi, tym większe prawdopodobieństwo, że ktoś przyjdzie, usłyszy nas i że stanie się coś złego.

Zdarza się wzruszyć? 

- Podczas mojego październikowego dyżuru spotkałam kilka kobiet z Kongo. Dałyśmy im jeść, pomogłyśmy przebrać w suche ubrania, a one podpisały pełnomocnictwa, byśmy mogły je reprezentować w rozmowach ze służbami, czy złożyć wniosek o ochronę międzynarodową w przypadku, gdyby trafiły do szpitala. Gdy porozmawiałyśmy, na pożegnanie zbiłyśmy sobie żółwiki. To był taki zwyczajny gest w czasie, gdy nic nie jest normalne. Zostały ponownie wypchnięte do Białorusi, nie wiem, jak potoczyły się ich losy. Wzruszające są nawet krótkie SMS-y od napotkanych wcześniej osób, że dziękują za pomoc i że są już w bezpiecznym miejscu. I że nasza pomoc przywróciła im siłę oraz wiarę w ludzi, w człowieczeństwo. 

A tam, na granicy, wiarę w ludzi łatwiej odzyskać czy stracić?

- Chyba łatwiej stracić. Oczywiście wśród lokalnej społeczności jest mnóstwo osób, które chodzą do lasu, by ratować ludzi przed śmiercią. Ale są też tacy, którzy dzwonią do służby, gdy tylko zobaczą uchodźców. Trudno się pozbyć wrażenia, że skądś znamy takie postawy. Podczas II wojny światowej także byli tacy, którzy sami wiele ryzykując ukrywali Żydów w piwnicach albo na strychach. Byli też tacy, którzy bogacili się na wydawaniu Żydów oprawcom. Dziś za zaoferowanie transportu można zostać skazanym na osiem lat pozbawienia wolności… Bardzo nieoczywistą postacią w tym dramacie jest dla mnie przemytnik. Wiadomo, że większość z nich nie robi tego z dobrego serca, ale dla pieniędzy. Z drugiej strony, dzięki ich działaniom migranci dostają szansę na to, że nie umrą w polskim lub białoruskim lesie. 

Fot. Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.pl

Mówiła pani o tych dobrych reakcjach na niesioną pomoc, ale w ubiegłym tygodniu w Krakowie zdewastowano grobowiec rodziny Stuhrów tylko dlatego, że Maciej Stuhr i jego żona Katarzyna zaangażowali się w pomoc uchodźcom. Co sobie pani pomyślała?

- Nie wiem, co odpowiedzieć, nie bardzo umiem znaleźć na to odpowiednie słowa. Ktoś postanowił zniszczyć drugiemu człowiekowi coś dla niego ważnego tylko dlatego, że się z tą osobą nie zgadzał. Bardzo przykra sytuacja.

Wspominam o tym, bo chciałabym dowiedzieć się, czy panią ten hejt za pomoc uchodźcom też dotyka?

- Osobiście nie. Widzę, co się dzieje w internecie, ale staram się tego nie czytać. Mam wystarczająco dużo wyzwań dnia codziennego, żeby jeszcze sobie dokładać. Zresztą mnie zawsze bardziej interesowało, co możemy robić, by przeciwdziałać uprzedzeniom wobec uchodźców. 

Napisała pani na ten temat doktorat.

- Gigantyczną zmianę obserwowaliśmy w roku 2015. A jeszcze rok wcześniej prawie 70 proc. Polek i Polaków mówiło: „musimy przyjąć uchodźców". Później jednak ruszyła machina nienawiści i w 2016 roku tych otwartych na uchodźców osób była już w naszym kraju mniejszość. Myślę sobie, że świetnie to sobie zaplanowali…

Ma pani na myśli rząd PiS?

- Tak, to zniechęcenie Polaków, wzbudzenie strachu przed uchodźcami było w ich wykonaniu bardzo skuteczne. Ale nie widzę też zdecydowanego opowiedzenia się po stronie człowieczeństwa. Mam wrażenie, że wielu polityków boi się, że gdy powiedzą, że uchodźcom trzeba pomóc, stracą wyborców. To bardzo cyniczne, wręcz obrzydliwe. 

Mówi pani o opozycji?

- Tak. Choć oczywiście jest kilkoro posłów i posłanek, którzy bardzo się angażują na rzecz pomocy uchodźcom, jak na przykład Daria Gosek-Popiołek, Maciej Konieczny czy Franek Sterczewski.

Obecny kryzys zwiększy niechęć Polaków do pomagania uchodźcom? Czy może pozwoli niektórym spojrzeć na nich nieco inaczej i zrozumieć, że uchodźcy to nie terroryści, że nie chcą nam zrobić krzywdy, ale to często małe dzieci o czarnych oczach, które chcą się poczuć bezpiecznie? 

- Sytuacja może się rozwinąć w różnych kierunkach. W 2015 roku wniosków o ochronę międzynarodową w Polsce było bardzo niewiele i tych doświadczeń kontaktu z migrantami też nie było. Dziś codziennie słyszymy narrację - czy to rządu, czy to mediów - o „szturmowaniu granic", co wzmacnia poczucie zagrożenia. Zagrożenia realnego i symbolicznego, związanego z używaniem języka wojny - „szturm", „forsowanie granic", „wzmacnianie ochrony".

Mamy jednak dziś więcej okazji do spotkania uchodźcy, do podania mu dłoni i napicia się z nim herbaty. Z psychologicznego punktu widzenia pozytywny kontakt wpływa pozytywnie na postrzeganie drugiej osoby. Ale by był pozytywny, potrzeba spełnienia kilku warunków. Nie może się wiązać z poczuciem zagrożenia, pozycja w hierarchii społecznej musi być podobna. Wydaje mi się, że widok zmarzniętego człowieka, który od wielu dni czy tygodni błąka się po lesie, może zmienić ten punkt widzenia.  

Pamiętam, że w 2015 roku podczas kryzysu uchodźczego w Europie rozmawiałam o tej warstwie językowej z prof. Jerzym Bralczykiem. Zaproponował wtedy, że może powinniśmy nazywać migrantów „przychodźcami", a to może to zmieni nasze nastawienie.  

- Bardzo bym chciała wierzyć, że taka zmiana wystarczy… Ale może coś w tym być. Wiemy, że zmiana określenia grupy na słowa, które nie są naładowane negatywnie emocjami, pozwala zmniejszyć uprzedzenia. 

Jak krakowianie mogą mogą włączyć się w pomoc ludziom na granicy?

- Udostępniając informacje z zaufanych źródeł, od osób i organizacji, które są na miejscu. Ciągle wiele osób nie zdaje sobie sprawy z tego, co dzieje się na granicy polsko-białoruskiej albo boi się usłyszeć te informacje. Warto śledzić działania organizacji pomocowych, takich jak Fundacja Ocalenie czy Grupa Granica, bo one często prowadzą zbiórki pieniędzy czy rzeczy dla osób, które ich potrzebują. I mówię zarówno o osobach w podlaskim lesie, jak i o tych, które otrzymały status uchodźcy w Polsce i tu próbują zbudować nowe życie. Fundacja Ocalenie prowadzi dla nich kursy języka polskiego, wspiera rodziny w poszukiwaniu mieszkań. Ostatnio myślę też dużo o mocy małych aktów solidarności. Bo przecież tak samo, jak do uchodźcy do lasu, można zanieść ciepłą zupę osobie w kryzysie bezdomności, którą mijamy codziennie w drodze do pracy.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.