Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Magdalena Kursa: Jesteś współautorką książek o Białorusi, masz tam przyjaciół, znajomych. Z jakimi emocjami, uczuciami, tak po ludzku, odbierasz to, co dzieje się teraz w Mińsku i innych miastach: te protesty, brutalne działania milicji, nadzieje ludzi, ale pewno też ich rozczarowania?

Małgorzata Nocuń: – Dziękuję za to pytanie, bo ta społeczna perspektywa z trudem przebija się w mediach w kontekście Białorusi. Na te protesty i ich tłumienie patrzę przede wszystkim z perspektywy zmarnowanych pokoleń, bo to są już pokolenia Białorusinów, którzy w żaden sposób nie mogą zaznać sprawiedliwości na najbardziej podstawowym poziomie: praw człowieka. Tak jest i tym razem. Najbardziej cierpią zwykli ludzie i to z nimi są teraz związane moje odczucia i myśli.

Białoruś jest bardzo autorytarnym krajem, w którym rządzą nieludzkie przepisy i regulacje. Kiedy się leci do Mińska, to już na lotnisku zdajesz sobie sprawę, że jesteś w autorytarnym świecie. Dla mnie zawsze najbardziej przejmujące były historie ludzi, na których życiu tak mocno odcisnęła się polityka. Pamiętam, jak poznałam żonę Dymitra Zawadzkiego. Dima był osobistym operatorem Łukaszenki, został zamordowany, bardzo możliwe, że z polecenia prezydenta kraju.

Później przyjaźniliśmy się z jego najlepszym kolegą Pawłem Szeremietem, również dziennikarzem, który z Białorusi musiał uciekać na Ukrainę – on również został zamordowany.

Co mają powiedzieć matki nastolatków, którzy chcieli spróbować lekkich narkotyków, kupili sobie kilka gramów marihuany i teraz siedzą w więzieniu z bardzo ciężkimi wyrokami, nawet dożywotnimi. A te narkotyki często są im podrzucane.

Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta

Po ostatnich wyborach na Białorusi w życie bardzo wielu osób znów wkroczyła brutalnie polityka. Co czeka tych, którzy są teraz zatrzymani? Liczy się ich już w tysiącach osób.

– Może ich czekać wszystko. Na Białorusi są kolonie karne – mówi się na nie łagry, choć różnią się oczywiście od tych radzieckich. Zatrzymanych może więc czekać zsyłka, więzienie czy też nakłanianie do współpracy z reżimem. W najlepszym wypadku posiedzą kilka dni i zostaną wypuszczeni, ale przebywanie w białoruskim więzieniu na pewno nie będzie przyjemnym doświadczeniem.

Mówiłaś o białoruskich matkach, od razu nasuwa się więc pytanie, jak interpretujesz wyjazd na Litwę Swietłany Cichanouskiej, kandydatki na prezydenta, jej dramatyczne oświadczenie, w którym mówi, że dzieci są najważniejsze, a także apel do ludzi, by nie narażali swego życia podczas dalszych protestów? Wiele wskazuje, że została złamana przez służby białoruskie.

– Czytałam już „męskie” głosy, że polityk musi być twardy, i wskazujące na los wcześniejszych kontrkandydatów Łukaszenki: jeden musiał częściowo emigrować, innego spotkała kolonia karna. Ale to, że teraz przeciwniczką dyktatora była kobieta, że to patriarchalne, poradzieckie społeczeństwo wybrało sobie na reprezentantkę kobietę, pokazuje jak bardzo Białoruś się zmienia i to samo w sobie jest fenomenem.

Wracając do wyjazdu Swietłany Cichanouskiej, rozumiem te dylematy i wybory, trudno je oceniać i bardzo możliwe, że zachowałabym się tak samo, bo wiem, jak okrutny jest ten reżim. Niejednokrotnie rozmawiałam z ludźmi przesłuchiwanymi i torturowanymi, słyszałam straszne rzeczy. Poza tym to, czy Swietłana Cichanouska jest w Mińsku, czy nie, nie ma aż takiego znaczenia, na Białorusi kandydaci na prezydenta zawsze są symboliczni, ich udział w grze politycznej służy konsolidacji opozycji w przyszłości.

Obecny bunt jest skazany na powolne wypalanie się czy spacyfikowanie?

– Moim zdaniem on był zawsze na to skazany. Tym razem siłowe rozwiązanie też wydaje się być najbardziej prawdopodobne. W przypadku Białorusi tak się zawsze działo i żeby się stało inaczej, musiałoby zadziałać wiele czynników. Łukaszenka jest już skończonym politykiem, to starzejący się facet, który będzie musiał za jakiś czas odejść, ale na razie cały aparat państwowy tak mocno za nim stoi i na niego pracuje, że jakakolwiek zmiana jest trudna do przeprowadzenia. Ciężko było żywić nadzieję, że nagle Łukaszenka zostanie zmuszony do tego, by wyjechać z kraju, tak jak to było z dyktatorami w innych krajach poradzieckich.

Niektórzy liczyli, że służby przejdą na stronę protestujących.

– By tak się stało, Białoruś musiałaby otrzymać bardzo duże wsparcie ze strony Zachodu, a ludzie, którzy tworzą aparat bezpieczeństwa i od lat są podlegli Łukaszence, musieliby naprawdę poczuć, że on jest już przegrany. Tak się nie stało.

Obserwowałam służby na Białorusi – one są bardzo liczne, dobrze przeszkolone, sprawne, nikt tam się nie zastanawia nad tym, że używa siły przeciw swojemu narodowi. Trzeba też pamiętać że ten reżim jest budowany od 1994 roku, ma mocne struktury.

Przy okazji tych wyborów protesty były szczególnie intensywne i była nadzieją, że tym razem się uda.

– Teraz bardzo duża była frustracja młodej części społeczeństwa – to ludzie, którzy pamiętają Białoruś tylko pod rządami Łukaszenki, który nie gwarantuje im żadnej stabilności, polegającej na ciepłej wodzie w kranie i kiełbasie w sklepie, którą wspominają ich rodzice. Ci młodzi znają Zachód, rozumieją zachodni styl życia, nie chcą się więc pogodzić z tym, że mieliby żyć w państwie autorytarnym.

Oni na pewno się też boją, bo na Białorusi dziennikarze i aktywiści społeczni potrafią ginąć z dnia na dzień, a z paragrafu, który mówi o podejrzeniu o terroryzm, można być skazanym nawet na karę śmierci. Sądy są podległe władzy, a wyroki sfingowane. Więc wszyscy protestujący ryzykują bardzo dużo i na pewno odczuwają lek, ale myślę, że też czują konieczność dziejową, by protestować.

Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta

Nie jest tak, że zostali sami, że poza kilkoma oświadczeniami prezydentów czy UE nie doczekali się pomocy ze świata, Europy, Polski?

– W przypadku Białorusi trzeba długofalowo przygotowywać grunt pod zmianę. Ci, którzy teraz mówią, że trzeba było pojechać i wezwać do przemian, nie znają tamtejszych realiów. Przecież polscy dyplomaci jeździli już wcześniej na Białoruś podczas różnych buntów, czasem starali się to robić oficjalnie, czasem jeździli incognito, ale jak dotąd kończyło się to najczęściej zatrzymaniem, a nie super przemowami na wiecu opozycji.

Na te wybory nie wpuszczono nawet misji OBWE.

– No właśnie. Niektórzy porównują to, co się teraz dzieje na Białorusi, do Pomarańczowej Rewolucji na Ukrainie w 2005 roku. Ale Ukraina to nie Białoruś. Na Ukrainie była zupełnie inna klasa polityczna, od lat we współpracy z Zachodem przygotowywano struktury opozycyjne, kształcono ludzi, którzy zakładali pozarządowe organizacje, tam była realna opozycja, która mogła przejąć władzę i zagospodarować przemiany zachodzące w kraju. Na Białorusi mamy zamknięty reżim, mocno wspierany przez Rosję i długo izolowany przez Zachód, więc nici powiązań są o wiele słabsze. Nie da się rozwiązać tej sytuacji w trybie natychmiastowym – można grozić sankcjami, można je wcielać w życie, ale te sankcje zostaną pewno za jakiś czas znów zniesione jako zachęta do zmian.

Podczas głosowania w polskiej ambasadzie zobaczyliśmy, jak wielu Białorusinów mieszka w Polsce. Jakie jest to środowisko białoruskie w Krakowie czy w Warszawie?

– Najczęściej spotykałam tych ludzi na promocjach moich książek, ale poza tym nie mam z nimi, jako ze środowiskiem, jakiegoś większego kontaktu, bo oni się bardzo dobrze asymilują w naszym społeczeństwie i choć znam wielu Białorusinów, to w pierwszym skojarzeniu nie myślę o nich, że to Białorusin czy Białorusinka, ale że to jest ktoś, kto mieszka w moim kraju i zajmuje się nauczaniem języka rosyjskiego albo pracuje w jakimś wydawnictwie.

Masz kontakt z ludźmi, którzy są teraz na Białorusi?

– Mam. To jest bardzo przykry kontakt, bo słyszę, że siedzą pozamykani w swoich mieszkaniach, że jeszcze przed wyborami przygotowywali się, by mieć Internet, bo było wiadomo, że będzie zakłócany. Często są to opowieści wiążące się ze strachem: kto będzie aresztowany, na kogo coś mają, co ich teraz czeka, czy emigracja, czy będą mogli pozostać w kraju. A jeśli tak, to co będą w stanie dla siebie czy kraju zrobić? To są przykre i gorzkie głosy. Słyszę je po każdych wyborach. Teraz po raz kolejny.

Jaka przyszłość czeka Białoruś?

– Białorusią od lat rządzą te same mechanizmy: wybory, potem protesty i demonstracje, które są tłumione, a potem znów kolejna kadencja Łukaszenki. Pod powierzchnią reżimu rodzą się pewne zjawiska demokratyczne, ale z drugiej strony następuje konserwowanie tego reżimu.

Misją Łukaszenki jest oczywiście przekazanie władzy synowi Wiktorowi.

– Ale trzeba pamiętać, że życie jest życiem i ono nie zawsze poddaje się takim regułom, a same przemiany też nie muszą następować tylko podczas wyborów.

Obserwuję białoruskie społeczeństwo od lat i z satysfakcją widzę, ile tam się ciekawych rzeczy dzieje. Kiedyś, jak przyjeżdżałam do Mińska, były w nim jakieś trzy smętne kawiarnie, w tym jedna bez toalety. O wielu rzeczach nie można było nawet mówić. W tym momencie Mińsk jest miastem, w którym toczy się ciekawe życie literackie, artystyczne, jest też dyskusja o prawach osób LGBT. Widać, jak na Białoruś wkracza wszystko to, co dzieje się na świecie, również u nas.

Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta

Co by się musiało zdarzyć, żeby Białoruś weszła na drogę ku państwu demokratycznemu?

– Na pewno Białorusini potrzebują wsparcia, ale nie w robieniu rewolucji, ale takiej pomocy, jaką wiele lat temu dostawała Polska, a potem Ukraina, czyli różnego rodzaju programów edukacyjnych, pokazania, że są inne rozwiązania niż autorytarny reżim, przełamania blokady informacyjnej w telewizji. To wszystko działania długofalowe, a o Białorusi najczęściej mówi się tylko podczas wyborów, a poza nimi traktuje się ją jako mały kraj tranzytowy, przedsionek do Rosji. Dobrze byłoby na co dzień pamiętać o potencjale, jaki ten kraj ma.

Małgorzata Nocuń – dziennikarka, w latach 2004–2006 korespondentka na Ukrainie i Białorusi. W latach 2008–2019 redaktorka „Nowej Europy Wschodniej”. Wraz z Andrzejem Brzezieckim opublikowała książki: „Białoruś. Kartofle i dżinsy”; „Ograbiony naród. Rozmowy z intelektualistami białoruskimi”; „Łukaszenka. Ostatni car Rosji”. W 2019 roku ukazał się pod jej redakcją zbiór reportaży o Białorusi „Ojczyzna dobrej jakości”.

Fot. Adrianna Bochenek / Agencja Gazeta

BIAŁORUSINI O SYTUACJI W KRAJU

Daria

Jestem z Brześcia, w Polsce mieszkam i pracuję już od dziewięciu lat. Jestem programistką, więc szybko znalazłam tu dobra pracę, ale moja rodzina została na Białorusi. Bardzo się o nich boję. Nie wiem, co się może zdarzyć, a pojechać na Białoruś nie mam jak. Do tego nie ma internetu, nie mam jak się z nimi skontaktować. Nie wiem, jak się trzymają rodzice, co z bratem.

Białoruś to kraj przemocy, pamiętam, że po przeprowadzce do Polski długi czas bałam się za każdym razem, gdy widziałam policjanta. Dużo czasu upłynęło, zanim mi ten lęk przeszedł. Pierwszą demonstrację w Krakowie, tę poniedziałkową, robiliśmy bez pozwolenia. Policja na Rynku była, ale gdy do nich podeszliśmy, żeby to wytłumaczyć, tylko się uśmiechnęli. Na Białorusi nie do pomyślenia takie zachowanie.

Chciałabym zmian na Białorusi, ale pokojowe – tak, jak chcieliśmy – są już niemożliwe. Nie wiem, czym to wszystko się skończy. Była w nas nadzieja, naród się obudził, ale teraz do nas strzelają na ulicach. To straszne. Teraz sobie tak myślimy czasami, że jeśli wszyscy wyjdziemy na ulice, to Łukaszence już nie starczy tych milicjantów i OMON-u, żeby nas wszystkich zamknąć i pozabijać.

Ksenia

Jestem z Lidy, w Krakowie od października ubiegłego roku. Studiuję na UJ. Wyjechałam, bo zrozumiałam, że nie ma dla mnie tam przyszłości.

Na Białorusi studiowałam prawo, miałam staż w prokuraturze. Po jego odbyciu już wiedziałam, że nie mogę tam zostać. Wierzę w sprawiedliwość, a to, co zobaczyłam, to jej zaprzeczenie. Gdybym została, musiałabym być taka jak oni wszyscy. Nie chciałam. Chcę żyć zgodnie z sumieniem.

Rodzina została po tamtej stronie granicy. Przez blokady trudno się czegoś dowiedzieć, ale bliscy przekazali mi, że po pierwszych protestach milicja nie chciała iść przeciwko narodowi. A teraz dowiaduję się, że protestujący musieli się schronić w kościele przed nimi. Na szczęście nie odważyli się tam iść po nich. Kocham swój kraj, ale nie wiem, czy kiedykolwiek tam wrócę.

Cyryl

Pochodzę z Brześcia. Ludzie wyszli na ulice, bo zwykli obywatele chcą zmian. Moi rodzice mówią tak: „Synku, chcemy, po prostu, zmian. Chcemy żyć dobrze”. Moja mama, która nie angażuje się zbytnio w politykę, jest zmęczona twarzą wąsatego przywódcy. Przecież 26 lat już jest, ileż można. Natomiast mój ojciec jest przedsiębiorcą. Marzy o wolności dla biznesu i dla ludzi, ale mówi o tym cichutko, żeby na górze tego nikt nie słyszał. Inaczej przyjdą w nocy po niego ci w czarnych mundurach. Nie wiadomo, co się stanie potem. Moi rodzice w wyborach, choć mają różne poglądy społeczno-polityczne, poszli i zagłosowali. Przeciwko Łukaszence. Mieli nadzieję i wiarę w pokojową zmianę. Teraz zrozumieli, że wolność w państwie autorytarnym się zdobywa inaczej, niż myśleli.

Dziś ludzie w całym kraju starają się przeciwstawić reżimowi. A ta władza próbuje odebrać społeczeństwu najważniejsze, marzenia o dobrej przyszłości. Wszyscy się boją i wszyscy jesteśmy blisko cienkiej granicy między wolnością a niewolnictwem.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.