Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Nie jesteśmy stadem bydła, nie damy się tak traktować - mówili Białorusini, którzy w środę przyszli, by zademonstrować swoje wsparcie dla rodaków, którzy nie pogodzili się z fałszerstwem wyborów prezydenckich na Białorusi, które odbyły się w ostatnią niedzielę. Miał je jakoby wygrać dotychczasowy prezydent - Aleksander Łukaszenko, ale nikt w to nie wierzy. Po ogłoszeniu jego wyników Białorusini we wszystkich miastach wyszli na ulice. Protesty są krwawo tłumione przez milicję i Omon. Podczas demonstracji Białorusini pokazali zdjęcia swoich obywateli, którzy wpadli w ręce oprawców. Ciała sine od uderzeń pałek, rozbite głowy, połamane kończyny, wybite zęby - tak wyglądają ofiary protestów.

Białoruś. Karaluchu odejdź wreszcie!

 Białorusini chcą jednego: żeby po 26 latach bycia prezydentem Łukaszenko wyniósł się z tego stanowiska, a najlepiej z ich kraju. Morderca, karaluch, złodziej - to te określenia, które da się jeszcze zacytować. A padają jeszcze gorsze. Białorusini, którzy mieszkają w Krakowie, nie mają kontaktów z rodziną - Łukaszenko wygasił internet w kraju, zamartwiają się o swoich bliskich. Bo co z tego, że oni są bezpieczni w Krakowie, skoro matki, ojcowie, siostry, bracia i przyjaciele zostali tam. Na Rynku zbierali podpisy pod petycją do władz Polski i Unii Europejskiej o pomoc dla Białorusi i usuniecie Łukaszenki. Nie będzie to jednak proste, bo w wywiadzie dosłownie sprzed kilku dni poinformował swoich rodaków, że on prezydentem się urodził i póki żyje, to nim będzie.

Tymczasem w środę wieczorem do protestujących na Rynku zaczęły wreszcie dochodzić wiadomości z kraju. Dowiedzieli się, że strajkują kolejne zakłady pracy, w Mińsku nawet lekarze i Uniwersytet Medyczny też zaczęli strajk. - Nie będziemy już dłużej pracować na tą podła władzę - mówili.   

Słowianie przeciwko krwawym reżimom

Protestujący wsparcie dostali nie tylko od Polaków. Na Rynku byli z nimi Ukraińcy. - Myśmy przeżyli swoje na Majdanie i od Rosji. Teraz najważniejsza jest solidarność, oni tego potrzebują - mówili "Wyborczej".

Oprócz nich na wiec przyszli emigranci z Rosji. - Ja jestem z Chabarowska [to miasto na dalekim wschodzie Rosji - dop. red.]. My też mamy swojego złodzieja i karalucha na Kremlu, którego chcemy się pozbyć - mówił jeden z ich przedstawicieli, który od roku pracuje w branży IT w Krakowie. Dla wyjaśnienia, w Chabarowsku niemal od miesiąca mieszkańcy wychodzą codziennie na demonstracje, podczas których żądają odsunięcia Władymira Putina od władzy. W przeciwieństwie do Mińska nie są one jednak krwawo tłumione.

Podczas wiecu inny ich przedstawiciel - z Samary (też programista, od roku w Krakowie), swoje wystąpienie zakończył słowami: - Za piękną Rosję, Ukrainę i Białoruś przyszłości. Jestem tu, bo chcę pokazać naszą - Rosjan, solidarność z bitymi przez Omon Białorusinami.

Artiom o sobie mówi tak: - Byłem prześladowany przez rosyjskie władze za pracę na rzecz Fundacji do Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego. Gdybym nie wyjechał, skończyłbym w więzieniu, tak jak moi przyjaciele. Nienawidzę Putina, tego zdrajcy Rosji. Po Łukaszence przyjdzie czas na niego!

Było mu żal, że putinowska Rosja tak została odsunięta od Europy, jest dziś dalej niż Białoruś czy Ukraina. - Żeby nas podtrzymać na duchu w walce o demokrację, swobodę słowa i dążenie do Europy tyle ludzi, co Białorusinów, na ulice nie wyjdzie - martwił się. 

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.