W 1943 roku w ira雟kim Isfahanie uczennice polskiego gimnazjum wydawa造 gazet "MY". Jak si tam znalaz造, kim by造, co si z nimi sta這? Uda這 nam si odtworzy ich wstrz御aj帷e losy.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

W Archiwum Instytutu Literackiego Kultura w Maisons-Laffitte oglądałam zdjęcia zrobione w miejscach formowania się Armii Andersa. To fotografie wielokrotnie publikowane w polskiej prasie wojennej – m.in. w redagowanym przez Józefa Czapskiego „Orle Białym”. Są na nich dzieci, które nadludzkim wysiłkiem dotarły do rejonów formowania się polskiego wojska i wraz z nim przeszły potem do Iranu. Wyglądają jak szkielety, mają ciała pokryte ranami i wrzodami, stopy bez palców (skutek odmrożeń); zwisają z nich strzępy ubrań.

W tym samym archiwum, w jednej z licznych teczek zapełniających półki, zobaczyłam szkolne pismo „MY”.

Miało brązową, tekturową okładkę z rysunkiem meczetu, ozdobną winietę. „MY. Czasopismo młodzieży szkolnej, Isfahan, nr 2, 27 XI 1943 rok”. Odbite na powielaczu strony wypełniały opisy wycieczek po Isfahanie i okolicach, relacje z patriotycznych uroczystości, szkolne dowcipy i aforyzmy (w rodzaju: „ora et labora, a będziesz jak zmora”).

Pismo MY. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura
Pismo MY. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura  Fot. Dorota Gut

Wstępniak napisała Aleksandra Jarmulska, uczennica kl. IV gimnazjum. O Święcie Niepodległości, bo numer był listopadowy: „Smutny dzień, bo przypominający nam dni swobody przeżywane w kraju”, ale i w nadziei, że Polska „nie zginie, lecz z martwych powstanie dźwignięta wysiłkiem i ofiarą krwi Polaków” – pisała z patosem.

Kolejna gimnazjalistka, Zofia Jarmulska z klasy III, wspominała dzień Wszystkich Świętych. „Wprawdzie nie mogliśmy obchodzić na wygnaniu Zaduszek tak, jak obchodzono je w Polsce, lecz dziś, gdy rzuceni ręką losu znaleźliśmy się na ziemi Kserksesa, możemy uczcić zmarłych zgodnie z tradycją naszych ojców”.

Tamte zdjęcia i tę szkolną gazetkę łączyło wiele – o czym przekonałam się po wysłaniu skanu pisma do jedynej znanej mi osoby z „syberyjską” historią rodzinną.

„Zofia to moja mama! A Aleksandra to moja ciocia” – odpisała niemal natychmiast dr Annamaria Orla-Bukowska, wykładowca w Instytucie Socjologii UJ. – Gazetkę widzę po raz pierwszy. Nie wiedziałam, że obie pisały do niej artykuły. I że mama była nawet w komitecie redakcyjnym...

Z Antonówki do Archangielska

Annamaria urodziła się w Chicago, mieszka obecnie w Krakowie. Parę lat temu dostała od mamy (dziś już nieżyjącej) album – z opisem całego życia w przedwojennej Polsce i na emigracji, pięknie zdobiony, z wkomponowanymi w teksty zdjęciami i rysunkami. Ten album i wspomnieniowe wydawnictwa okazały się niezwykle pomocne w odtworzeniu losów sióstr Jarmulskich.

– Mama niechętnie i niewiele o tym mówiła. Podczas jakiejś kłótni napomknęła na przykład: w twoim wieku jadłam wodę z mąką, jagody i grzyby, które się udało zebrać w lesie i przemycić do obozu – wspomina Annamaria. – Już bardziej skłonna do zwierzeń była mieszkająca w Anglii ciocia.

Siostry Jarmulskie urodziły się w Nowym Targu, ich ojciec był inżynierem leśnictwa. Dzieciństwo upłynęło im jednak w Antonówce na Wołyniu, w powiecie sarneńskim. Rodzina mieszkała w odziedziczonym po stryju oficerze domu z werandą („całkiem okazały na owe czasy” – opisuje mama w albumie). Mieli ogród, ulubionego psa Pimpusia.

Karta z albumu
Karta z albumu  fot. Dorota Gut

Aleksandra uczyła się już w gimnazjum w Sarnach. Na wiosnę 1939 wstępny egzamin zdała do tej szkoły także 12-letnia Zosia. „Krawcowa już szyła wyprawę do Sarn według przepisów, ale ja ją czasem namówiłam na trochę szerszy rękawek, ciut krótszą spódniczkę itp. Krawcowa była chętna, Oleńka zgorszona, a mamusia się uśmiechała...”.

W nagrodę za zdany egzamin rodzice zafundowali jej wycieczkę do głównych miast Polski. W Krakowie spotkała się z babcią, w Warszawie z wujostwem.

„Cyganie znów się zjawili i Cyganka mamie wróżyła b. daleką podróż, gdzie będzie dużo śniegu. Mamusię to ucieszyło, bo chciała jechać do naszych Tatr...”.

Wycieczki w Tatry jednak nie było. 1 września wybuchła wojna z Niemcami; 17 września od wschodu uderzyła Armia Czerwona.

Miesiąc później sowieccy żołnierze przyszli po ojca. Powiedzieli, że córki nie muszą go żegnać, bo wnet wróci. Trafił do więzienia w Sarnach, potem słuch po nim zaginął. Po latach rodzina dostała wiadomość z Czerwonego Krzyża o zakończeniu poszukiwań. Ślad urwał się w uzbeckiej Bucharze.

Do sowieckiej niewoli trafił też mąż najstarszej siostry – Marysi, inżynier Henryk Kerth (z którym Zosia spotkała się podczas swojej ostatniej wakacyjnej podróży). Wraz z tysiącami innych polskich oficerów, jeńców obozu w Starobielsku, wiosną 1940 został zamordowany w Charkowie. W marcu tego samego roku przyszedł na świat jego syn – rodzina wysłała list, nie wiadomo jednak, czy go przed śmiercią otrzymał.

Teraz jesteście wolni

„10-go lutego wywieźli mamę, Oleńkę i mnie do obozu w rejonie Archangielska. Miałam 12 lat, przestałam być dzieckiem” – zanotowała Zofia Jarmulska.

Zabrali je na stację, wtłoczyli do pociągu towarowego. Zosia nie chciała rozstać się z ukochanym Pimpusiem, udało się jej nawet przemycić zwierzaka do wagonu. Psa wypatrzył jednak sowiecki żołnierz. I wyrzucił. – Mama bardzo to przeżyła. Najpierw straciła ojca, potem przyjaciela – wspomina Annamaria.

Deportacje objęły setki tysięcy ludzi: wywiezionych w lutym i kwietniu 1940, a także w 1941 roku.

Wtłaczano ich do plombowanych z zewnątrz wagonów, z małym okienkiem u góry i „ubikacją” – czyli dziurą w podłodze. Podróż trwała wiele tygodni; zesłańcom dokuczało pragnienie i głód. Dzieci płakały, ludzie się modlili, nikt nie wiedział, dokąd ich wiozą i co się z nimi stanie. Wielu zmarło w czasie podróży, ich ciała wyrzucano.

Transporty szły na północ, w okolice Morza Białego, do Workuty, na Syberię, w stepy Kazachstanu. Zesłańcy trafiali do łagrów – obozów pracy i do „posiołków” – osad zbudowanych np. na wyrębach leśnych. Rodzinę Jarmulskich wywieziono do takiego właśnie „posiołka” w okolicy Archangielska.

Pracować musieli wszyscy od 16. roku życia. Zimą, przy trzaskających mrozach, też. Graniczną temperaturą było minus 23 stopnie, ale termometr był u naczelnika i to on decydował, czy należy iść do pracy, czy nie.

Tylko pracujący dostawali racje żywnościowe, minimalne zresztą. Młodsi mieli inne obowiązki – przynoszenie wody z rzeki, zbieranie opału. Latem wyprawiali się do lasu na poziomki, borówki, grzyby – wszystko, co mogło pomóc w przetrwaniu.

W 1941 roku wydarzyło się coś niezwykłego. – Ich „porządkowy” w obozie, dotąd źle ich traktujący, na zebraniu oznajmił: „teraz jesteśmy przyjaciółmi, jesteście wolni” – opowiada Annamaria. W ten sposób zesłańcy dowiedzieli się o podpisanym 30 lipca 1941 roku układzie Sikorski–Majski i amnestii dla polskich więźniów. Mówiono, że gdzieś na południu powstaje polska armia. Nikt nie wiedział gdzie, ani jak tam dotrzeć. Nie mieli pieniędzy, nie znali dróg, a sowiecki „sojusznik” nie kwapił się do organizowania transportu.

Jedno wiedzieli na pewno: trzeba się za wszelką cenę stąd wyrwać. Zaczęła się wielka „wędrówka ludów”.

W wyborze dróg kierowali się rozmaitymi przesłankami. „Nie wiedząc jeszcze, że Polskie Wojsko będzie na południu, Małgosia poradziła nam jechać do Taszkentu, bo czytała książkę »Taszkent, miasto chleba«, więc na pewno będzie go tam pełno, no i nareszcie ciepło” – przytacza we wspomnieniowej książce „Isfahan – miasto polskich dzieci” jedna z zesłanych w te same rejony, wówczas nastolatka, Jadwiga Waluszewska-Dukszta.

Rzut oka na mapę. Archangielsk na dalekiej północy, Taszkent na południu, w Uzbekistanie, w Azji Środkowej. Dzieli je ponad cztery tysiące kilometrów.

Natalia Jarmulska z córkami Olą i Zosią wyruszyły na południe jesienią. Część podróży odbyły na tratwie, wraz z paroma innymi osobami. – Mama tylko raz o tej tratwie wspomniała. Przygotowywały z inną dziewczyną jakieś jedzenie na tę wyprawę i garnek im się wywrócił. To była ogromna strata – opowiada Annamaria.

Guzar, czyli śmierć

Znów jechali tygodniami w zatłoczonych pociągach, pełnych takich jak one zesłańców. Na stacjach trzeba było wyskakiwać po jedzenie – ryzykując, że w tym czasie pociąg odjedzie. Wiele rodzin się tak na zawsze rozdzieliło i pogubiło.

Trójka Jarmulskich dotarła w końcu do Uzbekistanu, do miasta Guzar. W kołchozie „Bolszewik” musiały pracować przy kopaniu rowów i przycinaniu krzaków bawełnianych. Mieszkały w chatach lepiankach. Dostawały po 400 gramów mąki dziennie, wodę nosiły z zamulonej rzeki. „Spało nas pokotem dwanaścioro na resztkach pościeli. Wszy były potworne...” – zapisała Aleksandra.

Tam spotkała je kolejna tragedia. 16 lutego 1942 w Guzarze umarła ich matka, Natalia Jarmulska. – Spały pod jednym kocem, chorowały, gorączkowały. Mojej mamie rano zrobiło się zimno, chciała się bardziej nakryć, poprosiła o koc. Ale leżąca obok moja babcia już nie żyła – opisuje ten tragiczny dzień Annamaria.

W akcie zgonu napisano: „śmierć z głodu i wycieńczenia”. Niełatwo było urządzić pogrzeb. Brakowało drzewa – siostry musiały walczyć, by pochować matkę i choć mały drewniany krzyżyk wbić na mogile.

Na południu formuje się w tym czasie polska armia. Miejsc koncentracji jest wiele: Buzułuk, Kujbyszew, Tockoje, Narpaj, Wrewskoje, Czok-Pak, Karkin-Batasz, Dżałał-Abad, Guzar, Szachryzjabs, Kermine i tyle innych...

Dzieci - zesłańcy. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura
Dzieci - zesłańcy. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura  Fot. Dorota Gut

„Przypadkiem trafili do naszej lepianki dwaj podchorążacy z oddziału artylerii, który przybył do Guzaru. Jeden z nich twierdził, że w jakimś więzieniu zetknął się z Tatusiem i obiecał mu, że gdyby nas spotkał, to nam pomoże” – notuje Aleksandra.

Osierocone siostry Jarmulskie pomoc dostały. Zosia poszła do szkoły junaczek, jej starsza, już pełnoletnia siostra znalazła zatrudnienie w polskim sierocińcu powstającym w Karkin-Batasz.

– Dla mojej mamy to była jednak kolejna tragedia. Rozdzielili je, została całkiem sama – podkreśla Annamaria. Na dodatek w ramach rekonwalescencji i odwszawiania ścięto jej długie włosy – do zera. Wcześniej na zdjęciach zawsze z dumą prezentowała piękne warkocze.

Na perskim brzegu

Decyzją polskich władz przy placówkach wojskowych powstawały żłobki, przedszkola i szkoły, także sierocińce.

Sierot było wiele. Dzieci te czasem nie pamiętały już nawet swoich nazwisk, potrafiły tylko wyrecytować po polsku fragment „Ojcze nasz”. Były wycieńczone, dziesiątkowały je choroby, zabijał malaryczny klimat południa.

Takimi właśnie sierotami opiekowała się w Karkin-Batasz Aleksandra. Wryły jej się w pamięć. „Były one potulne, nie płakały prawie, patrzyły tak specjalnie badawczo, pilnowały zazdrośnie swych tobołków i jeśli nie mogły od razu zjeść czegoś, chowały wszystko w swe posłania” – zaobserwowała.

Część tych maluchów udało się uratować, wiele jednak nie przeżyło trudów wędrówki i chorób, zostały w stepach, w bezimiennych mogiłach. Także koło Karkin-Batasz.

Uratowane dzieci. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura
Uratowane dzieci. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura  Fot. Dorota Gut

Gdy Stalin zgodził się na ewakuację Armii Andersa i cywilów do Iranu, zaczął się kolejny etap „wędrówki ludów”. Tym razem szlak prowadził przez Krasnowodsk nad Morzem Kaspijskim, do portu Pahlevi. Pierwsza fala ewakuacyjna ruszyła w marcu, druga w sierpniu 1942. Objęły łącznie ok. 120 tysięcy ludzi – małą część spośród wszystkich zesłanych.

Uciekających przed głodem i terrorem ludzi przewoziły okręty o złowieszczych nazwach: „Mołotow”, „Beria”, „Żdanow”, „Kaganowicz”, „Stalin”...

Aleksandra przy wejściu na okręt przeżyła chwile grozy. Wspinała się po trapie, niosąc dwoje małych podopiecznych, gdy zatrzymał ją oficer NKWD. Kazał czekać.

„Oni popłyną, a ja zostanę zupełnie sama. Za chwilę będzie rewizja, a ja mam w torbie kronikę harcerską z Sarn, a w niej portret Marszałka Piłsudskiego, kartki od szwagra ze Starobielska, (...) książeczkę do nabożeństwa mej Mamy, oprawną w kość słoniową, moje notatki z nazwami wszystkich miejscowości, przez które kiedykolwiek przejeżdżaliśmy. Co robić? Czy opuścić torbę za burtę? Ale tak żal tych „relikwii” – świadectwa naszej gehenny. Matko Najświętsza, ratuj, daj żebym mogła jeszcze Zosię i braci zobaczyć” – modliła się.

Rewizji jednak nie było. Oficer polecił, by marynarz wziął od niej jedno dziecko i zaniósł na pokład.

„1-go kwietnia 1942 zeszliśmy na gościnną ziemię perską...”. Konkretnie: do obozu przejściowego w Teheranie. Akurat była Wielkanoc, wojsko i cywile zgromadzili się na mszy przy ołtarzu polowym. Nagle wśród nich zobaczyła znajomą postać w mundurze. Brat matki, ppłk Stanisław Lechner!

W szpitalu razem odszukali chorującą Zosię. Wuj oznajmił: – Na razie będziecie się uczyć. Zakładamy szkoły w Isfahanie.

„Co za szczęście znów mieć kogoś z rodziny”.

Audiencja u szacha

Małych wygnańców już wtedy wysyłano w różne strony świata, do krajów, które zdecydowały się udzielić im gościny. Jedni jechali do szkół junackich w Palestynie, inni do Afryki, Indii, Meksyku, Nowej Zelandii.

W Isfahanie powstało 21 „zakładów”, mających od kilkudziesięciu po kilkuset podopiecznych. Jeden z zakładów rozgościł się w pałacyku z pięknym parkiem, wynajętym od perskiego księcia Soremidoule (poruszonego losem polskich sierot). Inne znalazły przystań w domu francuskich sióstr szarytek czy u szwajcarskich salezjanów. Fundusze na utrzymanie dzieci w katolickich instytucjach przekazywał Watykan; w innych pobyt finansował Rząd Polski.

Unikano nazwy „sierocińce” – by nie wywoływać bolesnych wspomnień o utraconych rodzinach.

W Isfahanie funkcjonowało przedszkole (dla najmłodszych, od niemowlaków po siedmiolatki), szkoły powszechne, gimnazja (w tym krawieckie), liceum. W jednym z zakładów dziewczyny uczyły się tkania perskich dywanów.

Zosia Jarmulska znalazła się w zakładzie prowadzonym przez szarytki. Uczennice nosiły tam charakterystyczne, kraciaste stroje. „Chłopcy z innych zakładów nazywali nas »święte krowy” albo dziewczyny »w kratkę«... – zapamiętała.

Tempo nauki było duże – w kilka miesięcy trzeba było przerabiać materiał z całego roku, według programu z przedwojennych szkół. A dzieci sporo tamtej wiedzy podczas syberyjskich przeżyć zapomniały. Brakowało podręczników – nauczyciele stawali na głowie, by mimo to prowadzić naukę. Pożyczali sobie nieliczne książki, przepisywali.

Czasem udało się zorganizować wycieczkę. W Persji (tak wciąż nazywano Iran) zwiedzali pozostałości potężnego imperium. Zapamiętali szczególnie wyprawę do Pasargady z grobowcem Cyrusa Wielkiego i do majestatycznego Persepolis.

W Isfahanie Aleksandra zdała egzamin dojrzałości, a Zosia w gimnazjum tzw. małą maturę.

Tam również młode redaktorki z Państwowego Liceum i Gimnazjum wydawały od czerwca 1943 roku wspomniane na początku pismo „MY” (jeden numer w całości udostępniony jest na stronie kulturaparyska.com). Nakład wynosił 200 egzemplarzy, papier pochodził z darów Konferencji Rzymskokatolickiej w USA. Pismo odbijane było w szkole na powielaczu. Strony zapełniały artykuły o bojach polskiej armii i wspomnienia ze zsyłek, teksty o harcerskich drużynach, szkolny humor, artykuły o zapamiętanych z Polski zwyczajach i świętach – jak te, które w listopadowym numerze opisywały siostry Jarmulskie.

Aleksandra i Zofia
Aleksandra i Zofia  Archiwum prywatne

Wszystko to działo się w egzotycznym dla przybyszów kontekście – wśród meczetów, bazarów, przechodzących obok karawan wielbłądów. „Gdy muezzin wyśpiewywał z minaretu kolejne wersety Koranu, w polskich zakładach brzmiały kolędy lub pieśni majowe do Maryi. Wśród wschodnich zapachów i smaków jadało się tam krupnik i gołąbki, a jedynym celem życia była nauka i czekanie na powrót do Polski”.

Zosię spotkało w tym czasie spore wyróżnienie – weszła w skład młodzieżowej delegacji, wysłanej przed oblicze perskiego szacha Rezy Pahlawiego i jego małżonki. „Oboje są bardzo młodzi i niezwykle prosto ubrani. Ona w sportowej sukience i białych pantofelkach, brunetka o bardzo jasnej cerze. Król bardzo przystojny, o śniadej cerze i krzaczastych brwiach, szczupły, zgrabny i również w sportowym ubraniu” – zanotowała skrupulatnie.

Zosia, w stroju krakowskim, dziękowała władcy za gościnę w Persji. „Trzeba było dygnąć i ucałować jego pierścień...”.

Hufiec Isfahański

W Isfahanie odrodziło się też harcerstwo, w czym niemałe zasługi miała Aleksandra. Ona, która na zesłanie poszła z kroniką drużyny z Sarn, szybko zaangażowała się w budowanie Hufca Isfahańskiego. Zdobyła stopień podharcmistrza.

Instruktorzy na początku z pamięci odtwarzali śpiewniki, scenariusze gier terenowych, organizowali wyprawy i ogniska z wszystkimi harcerskimi ceremoniami.

Raz trzeba było przepraszać gościnnego księcia: zawinił zastęp zuchów, który „zapolował” na książęce indyki, by zdobyć pióra na indiańskie pióropusze.

Dla instruktorów wielką pomocą okazał się „Skaut” – czasopismo Związku Harcerstwa Polskiego na Wschodzie, obejmujące zasięgiem Palestynę, Irak, Iran, a potem także Afrykę, Nową Zelandię, Indie.

Pismo Skaut. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura
Pismo Skaut. Archiwum Instytutu Literackiego Kultura  Fot. Dorota Gut

„Skaut” zamieszczał wiele szkoleniowych materiałów i wieści z życia harcerskich drużyn. Drukowany był w Jerozolimie u ojców franciszkanów. Na okładce tego pisma można zauważyć ciekawy dopisek: „Numer złożyli składacze arabscy nie znający języka polskiego: Moussa Khoury i Awad Khader”.

„Skaut” także trafił do zbiorów Archiwum Kultury w Maisons-Laffitte. W przechowywanym tam numerze z lipca 1944 znalazłam artykuł druhny Aleksandry Jarmulskiej o wspólnej wycieczce rowerowej z perskimi harcerzami, „pod przewodnictwem perskiego skauta – Manuczera Piruz”. Wspólnie wdrapali się na górę, „na której wznosiła się ongiś świątynia czcicieli ognia (wyznawców Zoroastra)”, i podziwiali roztaczające się stamtąd widoki.

Przyjazny Liban

„Isfahańczycy” celebrowali polskość. Odbywały się okolicznościowe akademie, ogniska, kominki, wieczory – „ku czci” i „z okazji”. Po latach we wspomnieniowej książce „Isfahan. Miasto polskich dzieci” tłumaczyli: „Szliśmy tymi samymi drogami tęsknoty co każdy polski wygnaniec – wszystko, co polskie było dobre, piękne i święte. Świętowaliśmy nieomalże do przesady każdą rocznicę, zachowywaliśmy każdą tradycję; (....) wszystko to było otoczone głębokim pietyzmem, wszystko było zawsze wyśpiewane i wydeklamowane z całego naszego młodego serca. Nikt z nas nigdy nie analizował, czy nie było tego przypadkiem za wiele – po grozie Rosji byliśmy szczęśliwi, że mogliśmy to robić”.

Isfahan pozwolił im stanąć na nogi, okrzepnąć po doświadczeniach z Rosji. Nawet fizycznie – twarze zaokrągliły się, na zdjęciach z tego okresu nie widać już przerażających „szkielecików”, znanych z obozów i sierocińców z Rosji.

Ale Isfahan też nie był przystanią na całe życie. Musieli iść dalej.

„Polski Isfahan” przeniósł się więc do Libanu (tak zdecydował rząd RP w Londynie wraz z władzami brytyjskimi). Trasa przeprowadzki wiodła przez Teheran i Ahwaz, Basrę, Bagdad, Damaszek – aż do Bejrutu. Aleksandra podczas tej podróży pełniła rolę opiekunki medycznej. W czasie dłuższych postojów denerwowała się, bo jedna z pasażerek była w zaawansowanej ciąży – a ona jeszcze porodu nie odbierała.

Liban ich oczarował. „Uroczy kraj nad morzem Śródziemnym o łagodnym klimacie, przyjaźni tubylcy i pierwszy raz mieszkamy rodzinami lub w małych grupach!” – zachwycała się Zofia. „Zamieszkałam w domu, który prawie był przylepiony do ściany wąwozu. Było nas 9, od 26 do 9-ciu lat".

Ich dom w Ghazirze (nb. miejscowości, w której Juliusz Słowacki napisał „Anhellego”) żartobliwie nazywano „Ustroniem Dziewic”. „Był stary, nieszczelny, czasem odwiedzały nas szczury, ale było fajnie! Rządy demokratyczne i humor na co dzień, dojście podczas ulewy raczej trudne, lecz trzymałyśmy się za ręce i chichotały, gdy nogi się obsuwały z wąskiej ścieżyny...” – wspominała z sentymentem.

Bejrut dał im szansę studiowania. Do wyboru mieli uniwersytet amerykański (AUB) lub francuski (USJ). – Ciocia poszła na medycynę, mama w 1946 roku zdała na amerykanistykę – opowiada Annamaria.

W pierwszej uczelni językiem wykładowym był angielski, w drugim – francuski. Łatwo nie było. „Aby zrozumieć pierwszy rozdział podręcznika chemii, musiałam znaleźć w słowniku 75 słówek” – zapamiętała Aleksandra. „Uczyłyśmy się jak zwariowane, pocieszając się po oblanych testach słowami marszałka Piłsudskiego: »Jeśli ci mówią, że muru głową nie przebijesz – nie wierz im!«”.

„Isfahańczycy” wybierali różne kierunki: pielęgniarstwo, architekturę, ekonomię, filozofię, historię. Jedna z nich, Irena Bełżyńska, przetarła kobietom szlaki na dentystyce na francuskim uniwersytecie. Pań na ten kierunek wówczas nie wpuszczano – dziekan zgodził się ją przyjąć, ale pod warunkiem że zda egzaminy z dwóch lat. Miała na to zaledwie trzy miesiące. Mało kto wierzył, że to się powiedzie, ale kandydatka się zawzięła i zdała.

Za ocean

„Żeby się wkrótce spotkać w Polsce...” – od tych słów zaczynali przez lata wszystkie życzenia. Ale choć wojna się skończyła, oni wracać nie mogli. Ziemie, z których pochodzili (także Antonówka), nie leżały już w granicach Polski. Na dodatek kursowały plotki o przymusowej repatriacji do kraju, w którym zainstalowały się już władze komunistyczne.

W regionie też nie było już bezpiecznie, wybuchały nowe konflikty. Powstawało państwo Izrael, niespokojnie było w Palestynie. „Dla nas to oznaczało przerwanie studiów i przerzut do jeszcze jednego, obcego kraju. Przyszłość znów niepewna i żal było żegnać przyjaciół oraz ten gościnny Liban” – pisała ze smutkiem Zofia.

I znów wędrówka, obóz na pustyni w Egipcie, potem morska podróż okrętem „Franconia”, wiozącym setki brytyjskich żołnierzy do Anglii.

„Po słonecznym i kolorowym Libanie, gdzie nas gościnnie przyjęto, Anglia była zimna, ponura i ludzie nieufni do cudzoziemców. Znów życie w przejściowych obozach, baraki na 40 osób, obowiązki w kuchni i latrynach, z dodatkiem wojskowego personelu, których większość traktowała nas jak rekrutów”.

Zofia zaczęła uczyć w polskiej obozowej szkole. – W Anglii poznała mojego tatę, absolwenta architektury w Liverpoolu. Tata też miał wojenną przeszłość, we wrześniu 1939 poszedł na front tuż przed swoimi 19. urodzinami, po klęsce przedarł się na Zachód. Pobrali się, dostali amerykańską wizę. Ojciec wyjechał do Chicago, by szukać pracy w swoim zawodzie, mama wkrótce do niego dołączyła – dopowiada rodzinną historię Annamaria.

Starsza siostra mamy, Aleksandra, pozostała po wojnie w Wielkiej Brytanii, tam założyła rodzinę. Pracowała z dziećmi, nadal intensywnie działała w harcerstwie.

Annamaria pokazuje najnowsze odkrycie swojego siostrzeńca: wygrzebaną z internetowych archiwów kartę pokładową z okrętu „American Forwarder”. Na jego pokładzie jej mama Zofia dopłynęła do Stanów Zjednoczonych – kraju, w którym mieszkała już do końca życia.

Na karcie w rubryce „narodowość” wpisano: „stateless” – „bezpaństwowiec”.

***

Cytaty pochodzą z albumu pamiątkowego Zofii Jarmulskiej, z książek: „Isfahan. Miasto polskich dzieci” (Londyn 1987), „Pod cedrami Libanu” (Londyn 1994).

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Wi璚ej
    Komentarze
    Zaloguj si
    Chcesz do陰czy do dyskusji? Zosta naszym prenumeratorem
    I teraz niejako w podzi璚e Polska urz康za konferencj antyira雟k i przyjmuje masowo uciekinier闚.Nie bacz帷 na pierwotniaki,bakterie czy inne zarazy, dziel si z nimi ostatni kromk chleba.Tak po chrze軼ija雟ku.
    @therom
    W 1943 od dw鏂h lat Iran by pod brytyjsko-sowieck okupacj i sami Ira鎍zycy - z kr鏊em w陰cznie - mogli w nim decydowa ewentualnie o tym, co b璠zie na obiad (a i to w ograniczonym stopniu, bo znaczna cz窷 篡wno軼i pochodzi豉 z alianckich dostaw). Niezale積ie od tego, wi瘯szo嗆 Ira鎍zyk闚 rzeczywi軼ie przyj窸a Polak闚 przyja幡ie i pomocnie (acz zdarza造 si i czasami konflikty, g堯wnie na tle religijno-obyczajowym). Kardynalne r騜nice pomi璠zy sytuacj 闚czesn a dzisiejsz s natomiast takie, 瞠 1mo Polacy nie trafili do Iranu dobrowolnie tylko zostali w nim osadzeni przymusowo (a nikt nie okre郵i chyba mianem "uchod嬈闚" np. ludzi w 1940 osadzanych w syberyjskich 豉grach); 2do nie 篡li na koszt Ira鎍zyk闚 (jak sam mo瞠sz przeczyta w tym tek軼ie, op豉ca ich utrzymanie rz康 RP, dok豉dali si tak瞠 Alianci i Watykan); 3tio dla wszystkich by這 absolutnie jasne, 瞠 Polacy nie zamierzaj w Iranie si osiedla ani pozostawa cho熲y o dzie d逝瞠j ni to absolutnie konieczne i je郵i si im tylko pozwoli, natychmiast wyjad, 瞠by spr鏏owa wywalczy sobie jako drog do ojczyzny (co te si i faktycznie sta這 zaledwie po kilkunastu miesi帷ach). Tak wi璚 por闚nanie opisywanej sytuacji z dzisiejsz "po逝dniowo-wschodni" imigracj ekonomiczn do Europy jest kompletnie pozbawione sensu.
    Pozdrawiam
    ju ocenia貫(a)
    6
    10
    @kapitan.kirk
    Takie bzdury to kolego mo瞠sz pisa kolegom z ONR-u.Je瞠li Ira鎍zycy chcieliby stworzy polskim dzieciom byliby podejrzewam bez wi瘯szych problem闚 do zdolni.
    Kto po za tym pyta uciekinier闚 z Syrii pyta jak d逝go chcieliby w Polsce zosta-nikt Polska nie by豉 gotowa przyj望 ich na czas wojny, wi璚 nie wypisuj mi tu krety雟kie , kt鏎e jakoby moralnie rozgrzewa造 ten kraj, a jak jest z t antyira雟k konferencj, jakie s granice wchodzenia USA do dudy ,a dziw 瞠 Polacy nie czuj przy tym pewnego dyskomfortu.
    ju ocenia貫(a)
    16
    2
    @therom
    Mia這 by: chcieliby stworzy polskim dzieciom piek這 na ziemi.
    ju ocenia貫(a)
    4
    0
    @therom
    Przyjacielu, to jest tak niesk豉dnie napisane, 瞠 nie wiadomo o co ci chodzi.
    ju ocenia貫(a)
    5
    3
    @therom
    <<< Takie bzdury to kolego mo瞠sz pisa kolegom z ONR-u >>>

    Nie mog; z powodu, 瞠 takowych nie posiadam.

    <<< Je瞠li Ira鎍zycy chcieliby stworzy polskim dzieciom byliby podejrzewam bez wi瘯szych problem闚 do zdolni. >>>

    Zapewne; ale jednak nie chcieli i chwa豉 im za to. I obecnie r闚nie nikt nie morduje imigrant闚 do Europy.

    <<< Kto po za tym pyta uciekinier闚 z Syrii pyta jak d逝go chcieliby w Polsce zosta-nikt >>>

    Polska po prostu bardzo szybko zauwa篡豉 co, do czego kraje "bardziej zachodnie" jeszcze d逝go nie chcia造 si same przed sob przyzna: 瞠 w ogromnej masie nielegalnych imigrant闚 do Europy, kt鏎a ruszy豉 kilka lat temu, prawdziwi uchod嬈y z ogarni皻ej wojn Syrii stanowi stosunkowo nieliczny odsetek.

    <<< a jak jest z t antyira雟k konferencj >>>

    Sko鎍zy豉 si.

    Reszty postu niestety nie zrozumia貫m, wi璚 nie komentuj.
    ju ocenia貫(a)
    7
    3
    @jaworz14
    Masz racj ,spr鏏uj jeszcze raz , ot騜 uwa瘸m,瞠 bez wzgl璠u czy Iran by wtedy niezale積ym pa雟twem czy te nie to zale瘸這 tylko od tamtejszych ludzi czy przyjm polskie dzieci przyja幡ie czy te stworz im piek這 na ziemi.
    Je郵i chodzi o uciekinier闚 przede wszystkim z Syrii: nikt ich nie pyta czy chcieliby osiedli si w Polsce na sta貫 czy mo瞠 tylko przeczeka wojn. ?
    Zreszt to le篡 w gestii ka盥ego pa雟twa jak uregulowane prawnie jest prawo do azylu.Kompletn moraln plajtom by豉 pono gotowo嗆 Polski do przyj璚ia paru tysi璚y ale tylko chrze軼ijan.Wracaj帷 do konferencji antyira雟kiej: uwa瘸m j za kolosalny b陰d jest to dla mnie wchodzenie USA bez wazeliny do dudy, pokazywanie europejskim partnerom, 瞠 Polska ma ich gdzie i zupe軟ie bezsensowne psucie stosunk闚 z Iranem
    ju ocenia貫(a)
    8
    2
    @therom
    <<< Wracaj帷 do konferencji antyira雟kiej: uwa瘸m j za kolosalny b陰d >>>

    I tu akurat mog si zgodzi.
    ju ocenia貫(a)
    2
    0
    @kapitan.kirk
    wstydzi豚y si wypisywa takie bzdury. Historycznie mo瞠 poprawnie, moralnie dno.
    ju ocenia貫(a)
    2
    0
    @kapitan.kirk
    Mo瞠 nas o鈍iecisz KTO , b璠zie pracowa na polskie emerytury , przy ujemnym przyro軼ie naturalnym i anty emigranckiej fobii , kt鏎 jako katolicki bolszewik reprezentujesz....???!!!!
    ju ocenia貫(a)
    5
    0
    jak Mojzesz przez morze czerwone, tak Andres przez morze kaspijskie, tysiace ludzi uratowal
    ju ocenia貫(a)
    12
    0
    A teraz pisowska swolocz straszy emigrantami zapominajac ze nas tez kiedys ktos przyjal i nie pytal sie o religie.PIS sieje w Polsce rasizm i homofobie.TAKIE WSPOMNIENIA POWINNY UCZYC TOLERANCJI.
    ju ocenia貫(a)
    6
    0
    W Montrealu mieszka p. Halina Babi雟ka, ur. 1929, kt鏎a przesz豉 drog Zdo豚un闚 - Kazachstan - Isfahan - Bejrut. Jest wsp馧autork albumu fotografii wykonanych polskim dzieciom przez isfaha雟kiego fotografa.
    ju ocenia貫(a)
    3
    0