Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Brązowa okładka z napisem „Scrisori”, a w środku – kartki z wyblakłymi, pisanymi ręcznie tekstami. Między nimi „ząbki” – ślady po wyrwanych stronach. Tak wygląda przechowywany w archiwum Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte zeszyt z listami Jerzego Giedroycia, powstałymi w czasie jego pobytu w Bukareszcie, po klęsce wrześniowej. Zachowane listy to pisane przez kalkę kopie.

Nikt nie wiedział, jakie treści kryją. – Zeszyt znajdował się w papierach osobistych Jerzego Giedroycia. Natknęłam się na niego właściwie przez przypadek – mówi Anna Bernhardt, redaktor portalu kulturaparyska.com (niegdyś w Krakowie – działaczka Studenckiego Komitetu Solidarności, potem na emigracji we Francji; członek Stowarzyszenia Instytut Literacki Kultura).

– Wcześniej zdarzało się, że naukowcy, którzy szukali u nas dokumentów z tego okresu, brali go do ręki i odkładali. Uważali, że jest nie do odcyfrowania – wspomina.

Postanowiła zmierzyć się z tym trudnym tekstem. Także z tego powodu, że spisane przez kalkę teksty były coraz bledsze – kiedyś rzeczywiście mogłyby się stać całkowicie nieczytelne, a korespondencja przepadłaby na zawsze.

Samo odczytanie tekstów to był jednak dopiero początek. Potem trzeba było je opracować, rozszyfrować nazwiska i wydarzenia, do których Giedroyć w listach się odwoływał. Te iście detektywistyczne poszukiwania prowadziła m.in. ze Stanisławem Mancewiczem – krakowskim dziennikarzem i publicystą, także redaktorem portalu Kultury Paryskiej.

Końcowy efekt można oglądać w cyfrowym „Kopiariuszu” (pod adresem: www.kulturaparyska.com/kopiariusz). Trafiły tu skany wszystkich oryginalnych kartek z pisanymi ręcznie listami, z możliwością powiększania fragmentów tekstu – to ukłon w stronę czytelników, którzy chcieliby na własną rękę odcyfrowywać pismo Giedroycia. Towarzyszą im przepisane teksty, z biogramami pojawiających się w nich postaci.

W oku cyklonu

W sumie to 86 listów – 41 z rumuńskiego zeszytu oraz kontynuacja tej korespondencji, spisywana już na luźnych kartkach. Pierwszy nosi datę 27 listopada 1939 r., ostatni – 6 września 1940 r.

Rumuński zeszyt Jerzego GiedroyciaRumuński zeszyt Jerzego Giedroycia Fot. Dorota Gut

33-letni Jerzy Giedroyć (taka forma nazwiska pozostała w „Kopiariuszu”, potem końcowe „ć” zamieniło się w „c”) – były urzędnik Ministerstwa Rolnictwa i Ministerstwa Przemysłu i Handlu, były redaktor „Buntu Młodych” i „Polityki” – przebywał wówczas w Bukareszcie, pełniąc funkcję prywatnego sekretarza ambasadora RP Rogera Raczyńskiego.

Znalazł się w „oku cyklonu” – jesienią przez Rumunię i Węgry ciągnęły setki emigrantów, kierując się w stronę Francji, do powstającego tam polskiego wojska; formował się rząd na uchodźstwie. Jednocześnie trwały polityczne rozliczenia i szukanie winnych klęski. Piłsudczycy, politycy kojarzeni z obozem sanacji byli przez obóz generała Sikorskiego odsuwani od władzy, a nawet zamykani w obozie odosobnienia (obóz taki powstał już pod koniec 1939 roku we Francji, w Cerizay koło Angers).

Giedroyć towarzyszył ambasadorowi w wyjazdach do prezydenta Mościckiego do Bicaz. Bywał w Braszowie, gdzie internowany był minister Józef Beck i poprzedni zwierzchnik Giedroycia, minister Antoni Roman.

Jeździł też do marszałka Edwarda Rydza – Śmigłego. „Rozmowy dotyczyły m.in. przebiegu wojny. Pytał mnie również, jak będzie przyjęty w Kraju, jeśli się tam zjawi. Odpowiedziałem bardzo brutalnie i używając nieco romantycznego porównania: „Pan się rozbije jak butelka rzucona o skałę”. Ale było to tylko pytanie sondujące. Zresztą uważałem bez wahania, że Śmigły powinien wrócić do Kraju” – wspominał Giedroyć w „Autobiografii na cztery ręce”.

Panie generale, kochany Żabiszonie

Listy z „Kopiariusza” dowodzą, jak ożywioną działalność Giedroyć wówczas prowadził. I jak szerokie, pochodzące jeszcze sprzed wojny znajomości posiadał, od lewej do prawej strony polskiej sceny politycznej.

Wśród adresatów listów jest np. Adam Ciołkosz – jeden z przywódców Polskiej Partii Socjalistycznej, generał Kazimierz Sosnkowski, minister Antoni Roman, Wojciech Zaleski – współzałożyciel Obozu Narodowo-Radykalnego; Wojciech Wasiutyński, działacz Stronnictwa Narodowego czy związany z Młodzieżą Wszechpolską i ONR Jan Pożaryski.

Rozszyfrowanie tych postaci z „Kopiariusza” nie było sprawą prostą – Giedroyć używa w listach imion, nazwisk, pseudonimów (np. „Sebastjan” to Rydz-Śmigły, „Słoń” to Roger Raczyński) – nazw zrozumiałych dla odbiorców, ale niekoniecznie dla współczesnego czytelnika. Rozpracowanie ich wymagało żmudnych poszukiwań w archiwach Instytutu Literackiego w Maisons-Laffitte oraz w innych bibliotekach, w przedwojennych opracowaniach dotyczących życia politycznego, rejestrach dyplomatów itp.

Maisons Laffitte - siedziba KulturyMaisons Laffitte - siedziba Kultury DOROTA GUT

Czasem pomocne były nagłówki listów, choć i one wymagały dobrego rozeznania w kręgu znajomych Giedroycia. Zwrot „Kochany Żabiszonie” bez wątpliwości wskazywał na zaprzyjaźnionego dyplomatę Norberta Żabę, ale już nagłówki „Szanowny Panie Ministrze”, „Szanowny Panie Generale” czy „Drogi Panie Majorze” stanowiły tylko podpowiedzi, wymagające dokładnego przestudiowania kontekstu korespondencji.

„Byli tu Adzio, Ksawery i Miś. Pojechali dalej. Runio jest u sąsiadów. Martwi nas brak wiadomości od Ola. Czy Pan nic o nim nie wie, jak również o drogiej Annie Skwarczyńskiej, która zapewne mieszka u pp. Orskich” – pisze w liście do Piotra Dunin-Borkowskiego.

Dla znajomych było jasne, że Adzio to wybitny publicysta Adolf Bocheński, Runio to jego brat, dominikanin o. Innocenty (czyli Józef Maria Bocheński); Ksawery i Miś to bracia Pruszyńscy itd...

Jak „gęsta” od nazwisk jest tak korespondencja, świadczyć może list, adresowany do osoby z kręgu generała Kazimierza Sosnkowskiego: „Dostałem list z Wilna od Misia Tyszkiewicza. Orniany nie egzystują. On sam siedzi w Wilnie. Błaga o wizę angielską i szwedzką. W Wilnie jest Święcicki i Trzeciak. Stomma na Łotwie. Z Kraju przychodzą makabryczne wieści. Specjalnie z ziem wcielonych do Rzeszy. W Gdyni np. rozstrzelano całą wybitniejszą inteligencję. To samo w poznańskim. (...) Powinien być w tych dniach tu Wasiuta i Mikołajczyk, z którymi pojadę do Paryża”.

Nie wszystkie osoby wspominane w listach udało się jednoznacznie zidentyfikować (kim jest np. wzmiankowana w korespondencji miss Shiffley?). Autorzy „Kopiariusza” liczą na pomoc czytelników, zachęcają do podsuwania kolejnych tropów, a tym samym do uaktualniania publikacji.

Jadę do Paryża...

Nieprzypadkowo w liście Giedroycia pojawił się Paryż. Za sprawą prof. Henryka Tennenbauma („bardzo ciekawy ekonomista i sympatyczny typ masona” – wspominał w „Autobiografii”) – przyszły redaktor „Kultury” miał objąć stanowisko kierownika biura do spraw mniejszości przy Radzie Ministrów.

Giedroyć z zapałem przygotowywał się do tej funkcji.

„Zapewne niedługo pojadę do Paryża, gdzie mam luźne dotychczas propozycje od Rządu w dziedzinie mniejszościowej. Jeśli to będzie realne to liczę na Pana współpr.[acę] i chcę to w Paryżu przeforsować” – pisze do Włodzimierza Bączkowskiego. „B.[ardzo]. pilnie proszę o wiadomości z odcinka ukraińskiego – adresy + nazwiska działaczy i prasy. Ze swej strony zrewanżuję się najbliższym kurierem o sytuacji ukraińskiej na moim terenie” – obiecuje w jednym z listów.

Prosi o przysyłanie periodyków dotyczących Ukraińców i Białorusinów i o podanie nazwisk osób, które mógłby wciągnąć do współpracy. Analizuje nastawienie tych środowisk wobec spraw polskich. Pisze o propozycji utworzenia oddziałów ukraińskich przy armii polskiej we Francji. Wspomina o audycjach w Polskim Radiu w języku ukraińskim, ulotkach werbunkowych, które miałyby zrzucać samoloty.

„Ostatnio zetknąłem się z b. ciekawym faktem, że paru Ukraińców (...) przeszło granicę, pragnąc zapisać się do armii polskiej we Francji. Nasuwa to projekt zrobienia w ramach armii polskiej oddziałów – choćby fikcyjnych – ukraińskich (lotnicy, piechota) przy zrobieniu propagandy (ulotki odp. w języku ukr.) byłoby to silnym przeciwdziałaniem akcji niemieckiej oraz potężną dywersją dla sowietów” – snuje w liście nr 15, adresowanym prawdopodobnie do min. A. Ładosia.

Gabinet Jerzego Giedroycia w Maisons-LaffitteGabinet Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte Fot. Dorota Gut

W ramach swoich „mniejszościowych” zainteresowań Giedroyć zbiera także informacje o działaniach środowisk żydowskich. „Nawiązałem kontakt z posłem Szwarcbarthem, który znajduje się w Bukareszcie. Zakomunikował mi, że organizuje się Komitet reprezentujący Żydów polskich, w skład którego wschodziłby on, Kleinbaum (obecnie w Kownie, w najbliższym czasie będzie w Szwajcarii) oraz Silberschein (Genewa, kierownik Agencji pras.-prop.). Ma to zdecydowany charakter sjonist. – Szwarcbarth twierdzi, że rozszerzą go na inne ugrupowania” – relacjonuje w kolejnym liście.

Mimo tak solidnego przygotowania i „wgryzienia” się w tematykę mniejszości Giedroyć do Paryża nie wyjechał. A dokładniej: wyjechać mu nie pozwolono.

Polityczni przeciwnicy skupieni wokół premiera Władysława Sikorskiego widzieli w nim człowieka związanego z dawnymi sanacyjnymi władzami. Postarali się więc, by Giedroyć starał się o wizę bezskutecznie. „Mój przyjazd się opóźnia, bo nie mogę dostać wizy francuskiej. Depeszowałem do Ładosia oraz ambasador również pisał do Ładosia. Jak tylko to będę miał załatwione to przyjadę zaraz. Mam tysiące projektów – zobaczymy, co z tego będzie” – donosi w liście nr 5.

Lata później, w „Autobiografii”, skonstatował: „...do Francji nie dojechałem, bo nie mogłem dostać wizy. Poselstwo francuskie miało zakaz wydania mi wizy. Był również zakaz wydania mi wizy wojskowej”.

To niejedyna intryga opisana w listach z „Kopiariusza”. Giedroyć z goryczą opisuje atmosferę panującą w środowisku emigracyjnym, polityczne swary, obrzucanie błotem przeciwników...

Doświadczył tego zresztą sam w Bukareszcie. W ostatnim, przejmującym liście z „Kopiariusza” pisze o oskarżeniach, jakie mu postawiono: o rzekomym łapówkarstwie i handlu dokumentami, ułatwiającymi zdobywanie wiz. Sprawa toczyła się długo, Giedroycia ciągano na przesłuchania. Zeznawać musiała także m.in. przebywająca w Bukareszcie jego żona, Tatiana (akta tej sprawy zachowały się w archiwum w Maisons-Laffitte).

Przygnębiony Giedroyć z goryczą pisze: „Wydawało mi się, że jestem już otrzaskany z miłymi stosunkami na emigracji i ze specyficzną atmosferą w Bukareszcie (nic się nie zmieniło od Twego wyjazdu tylko podgniło i zostało podniesione do sześcianu), ale okazało się to młodzieńczym złudzeniem. Może wbrew Twojej opinii, ale uważałem swoją pracę tu za pożyteczną i potrzebną. Z uporem maniaka próbowałem ratować w tym bagnie jakieś imponderabilia, przepychać rzeczy małe i duże, pomagać ludziom w kraju, ratować cenniejsze jednostki na emigracji, tępić – o ile mogłem – nadużycia rosnące jak grzyby po deszczu...”

I z rezygnacją kończy: „W takich sprawach czuję się zupełnie bezbronny i jak zgubione dziecko. Tymczasem jestem chory tak, że z wysiłkiem włóczę nogami, a zastrzelenie na parę kroków ode mnie 2 żandarmów jak to miało miejsce dzisiaj nie potrafi mnie specjalnie wstrząsnąć”...

Redaktor na uchodźstwie

– W trakcie czytania tych listów uderzyło mnie to, że Giedroyć, niezależnie od sytuacji wokół, niezależnie od wojny, jest cały czas redaktorem. Zamawia artykuły w Wilnie, w Rzymie, w Ameryce, pisze do znajomych, by ponaglili autorów – czyli prowadzi działalność, którą znamy z późniejszych czasów „Kultury”. Myśli też, jak skupić ludzi o różnych poglądach politycznych – podkreśla Anna Bernhardt. – Widać tu ciągłość działania Giedroycia, nieustanne myślenie o Polsce, o jej przyszłym kształcie – dodaje.

O swoich planach tak pisze np. w liście do „Nulka” – Jana Karczewskiego: „Jestem skończonym prosięciem, że tak długo nie pisałem do Ciebie, ale żyję tu w młynku zupełnie nieprzytomnym. Roboty mam ogromnie dużo – w wielu wypadkach jest ona bezpłodna – ale nie mniej absorbuje. (...) Jest tu już Wasiutyński, bardzośmy się zgrali, mamy zamiary szerokie do periodyku ideowego ugrupowania młodej myśli politycznej włącznie. Chcemy jak te bluszcze owijać się o Kazimierza [Sosnkowskiego – DG] – zaawizuj to mu i przygotuj grunt. Jeśli nie on, to już nie wiem kto powinien stać się sztandarem młodej Polski”.

Giedroyć był zaangażowany w redagowanie ukazującego się w Bukareszcie „Kuriera Polskiego” – zamawia do niego teksty, sugeruje tematy. Stara się też zebrać jak najwięcej informacji – „wyciąga” je od każdego rozmówcy, prosi o przesyłanie korespondencji.

Wymyśla też sposoby dotarcia z informacjami do okupowanej Polski, prowadzenia „propagandy na Kraj”. Sugeruje, by wykorzystać w tym celu samoloty, startujące z baz alianckich w Syrii czy Palestynie.

„Zawsze kochający Mamę Jurek”

W „Kopiariuszu” poznajemy także inną, bardzo „ludzką” twarz Redaktora. – Widzimy tu Giedroycia, który pisze z tkliwością do mamy, babci, cioci, załatwia sprawy bardzo ludzkie, troszczy się o nich, wysyła pieniądze na życie, opisuje, co słychać u „Dudka”, czyli towarzyszącego mu brata Henryka – wymienia Anna Bernhardt.

Gabinet Jerzego Giedroycia w Maisons-LaffitteGabinet Jerzego Giedroycia w Maisons-Laffitte Fot. Dorota Gut

„Nareszcie dostaliśmy list od Mamy. Kamień nam spadł z serca. Wszyscyśmy się popłakali, wiedząc, że Mama i wszyscy są zdrowi i cali. Dziękujemy również za opłatek. Dzięki niemu ta smutna Wilja będzie dla nas znośniejsza. My się jakoś trzymamy. Ja pracuję. Tatiana mi pomaga. Dudek się uczy języków – trochę pracuje w redakcji. Proszę się o niego nie martwić. [...] Tania pisała w sprawie futra, by Mamie odesłano. Proszę sobie je dopasować i nosić. W tych warunkach trzeba unikać zaziębienia. Bronisława mam nadzieję, jest z Mamą i pomaga. Proszę jej powiedzieć, że proszę ją by Mamy nie opuszczała” – pisze do Franciszki Giedroyciowej „zawsze kochający Mamę Jurek”.

„Kochana Mamo. Ciągle nie mam od Was wiadomości ani od nikogo z moich przyjaciół. Miałem tylko kartkę od dr. Skwarczyńskiej z 24/I w której pisze, że była u Mamy i że w mieszkaniu jest ciepło. (...) Czy Tatuś dostał list od nas na imieniny” – troszczy się w innym liście.

Pisze do cioci Wikci (Wiktorii Warin), będącej wówczas we Francji i do babci Pelagii („Ponieważ wyobrażam sobie jak ciężko musi być w Warszawie pozwalam sobie przesłać na ręce Babci 1500 złotych. Trudno mi by było wysłać więcej, ale może i to się przyda”).

„Całuję rączki Babci. Ciocię serdecznie pozdrawiam” – kończy list, dając świadectwo dobrego przedwojennego wychowania.

Na front czy do Londynu?

Jerzy Giedroyć wyjechał z Bukaresztu w lutym 1941 roku, przez Stambuł do Hajfy. Niedługo potem razem z bratem Henrykiem wstąpił do polskiego wojska – zostali żołnierzami Samodzielnej Brygady Strzelców Karpackich, wraz z nią trafili potem do Tobruku.

Czy zabrał ze sobą zeszyt i inne dokumenty? Mało prawdopodobne. Jak wspominał po latach w rozmowie z Teresą Torańską, podczas transportu do Tobruku „Można było wziąć tylko plecak z najpotrzebniejszymi rzeczami i chlebak, więc ja wziąłem sobie Kolankowskiego historię Jagiellonów; była to książka, którą bardzo ceniłem, więc studiowałem ją dokładnie. A Adzio Bocheński miał historię papiestwa, dziesięć tomów, więc się wymienialiśmy”.

Zdaniem Anny Bernhardt korespondencja nie powędrowała na front, ale do Londynu, wraz z dokumentami ambasady polskiej w Rumunii. Wskazówkę taką znalazła w książce „Uporządkować wspomnienia”, zawierającej nieautoryzowane rozmowy Mirosława A. Supruniuka z Jerzym Giedroyciem.

– Giedroyć wspomina tam, że pomagał Rogerowi Raczyńskiemu podczas ewakuowania ambasady polskiej w Bukareszcie. Pakował np. szyfry i inne ważne księgi. Już po wojnie, będąc w Londynie, poszedł do Edwarda Raczyńskiego, brata Rogera, i poprosił o zdeponowane dokumenty. Dostał tylko swoje papiery osobiste. Raczyński odmówił wydania pozostałych, uzasadniając, że Giedroyc nie był pracownikiem Ministerstwa Spraw Zagranicznych – opowiada. – Istotnie, Giedroyć był sekretarzem Rogera Raczyńskiego, ale prywatnym. Nie figuruje oficjalnie jako pracownik MSZ, nie ma go w zachowanych spisach – dodaje.

Prawdopodobnie więc tą drogą, wraz z innymi „osobistymi papierami”, zeszyt trafił ostatecznie do Maisons-Laffitte. Wzbogacił tutejsze archiwum Instytutu Literackiego, będące zapisem późniejszej, już bardziej znanej działalności Jerzego Giedroycia i jego współpracowników.

Maisons-Laffitte: Archiwum Instytutu LiterackiegoMaisons-Laffitte: Archiwum Instytutu Literackiego Fot. Dorota Gut

A to archiwum pokaźne: samych listów jest tu około 150 tysięcy, książek około 50 tysięcy... Zbiory te są sukcesywnie opracowywane i digitalizowane – spora część już jest w internecie, na portalu kulturaparyska.com. W tym wszystkie miesięczniki „Kultura” (637 numerów) i kwartalniki „Zeszyty Historyczne” (171).

Pięcioletni projekt digitalizacji trwa od 2016 roku (prowadzi go Biblioteka Narodowa, finansuje Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego). W sumie zeskanowanych zostanie 165 metrów bieżących dokumentów.

Niewykluczone, że to nie koniec odkryć – dokumentów takich jak „Kopiariusz”w tym ogromnym zbiorze może być jeszcze więcej.

***

Korzystałam z książek: „Autobiografia na cztery ręce”, opr. Krzysztof Pomian (Towarzystwo Opieki nad Archiwum Instytutu Literackiego w Paryżu, Warszawa 2006); Marek Żebrowski, „Jerzy Giedroyć. Życie przed Kulturą” (Wydawnictwo Literackie, 2012)

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.