Witraż "Okna Ardona" zobaczy każdy, kto wstąpi w progi Biblioteki Narodowej Izraela w Jerozolimie. Obok na tabliczce przeczyta, że autor tego dzieła Mordechaj Ardon urodził się w Polsce, w Tuchowie.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Dr hab. Michał Galas, dyrektor Instytutu Judaistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego, o wywodzącym się z Polski artyście usłyszał od Dudu Baraka, izraelskiego poety i autora tekstów piosenek, goszczącego na Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie.

Barak w jednym z przetłumaczonych na język polski wierszy wymienił Tuchów, rodzinne miasto swojego ojca. Odwiedził nawet te okolice. – Słuchaj, z Tuchowa pochodzi też izraelski artysta, malarz – napomknął podczas rozmowy.

– Gdy potem zacząłem pisać doktorat o Gershomie Scholemie, odwiedzałem czytelnię w Żydowskiej Bibliotece Narodowej i Uniwersyteckiej w Jerozolimie [obecnie Biblioteka Narodowa Izraela w Jerozolimie – red.]. Aby do niej dojść, trzeba stanąć dokładnie naprzeciw ogromnego witrażu, zwanego „Oknami Ardona”. W zamieszczonym obok biogramie przeczytałem, że autor dzieła urodził się w Tuchowie. To było odkrycie! – wspomina Galas.

Później na jednym z autoportretów Ardona zobaczył jeszcze wypisane z boku miejsca i osoby najbardziej znaczące w jego biografii. Był tam Tuchów, Tarnów, Berlin, Weimar, Monachium, Jerozolima. I osoby: Itten, Klee, Kandinsky...

Michał Galas: – Czy Tuchów mógł znaleźć się w lepszym towarzystwie?

Ojcowskie zegary

Tuchów to nieduże miasto, leżące około 17 km na południe od Tarnowa. Przecina go rzeka Biała – na jednym jej brzegu znajduje się rynek z ratuszem i parafialny kościół pw. św. Jakuba, po drugiej, na wzgórzu – Sanktuarium Matki Bożej Tuchowskiej oraz przylegające do niego Seminarium Duchowne Redemptorystów (ważne miejsce w biografii przyszłego artysty). To jedno z najstarszych sanktuariów w południowo-wschodniej Polsce, i zarazem jedno z najliczniej odwiedzanych. Zwłaszcza podczas lipcowego Wielkiego Odpustu ściągają tu tysiące pielgrzymów.

Mordechaj Ardon (wcześniej znany jako Max Bronstein) urodził się tu w 1896 roku. Był najstarszym dzieckiem zegarmistrza Aleksandra (Sendera) Bronsteina i Elishewy (Szewy) Buksbaum. Miał liczne rodzeństwo – dzieci było (prawdopodobnie) czternaścioro. Mieszkali początkowo w dwuizbowym, krytym strzechą domu, będącym także miejscem pracy ojca.

Dom znajdował się w okolicy dzisiejszego pomnika i skweru przy ul. Daszyńskiego; w którym miejscu dokładnie – trudno ustalić. Mogłaby w tym pomóc „Księga adresowa Polski” z 1928 roku – figuruje w niej jednak tylko jeden tuchowski zegarmistrz – H. Lichtman. W rejestrach mieszkańców Tuchowa z tego okresu (przechowywanych w Archiwum Narodowym w Krakowie – Oddział w Tarnowie), Bronsteinów także nie ma. Rozwiązanie zagadki okazało się proste: rodzina po 1913 roku mieszkała już w Tarnowie, tam też ojciec przeniósł swój zakład zegarmistrzowski.

Tuchów, ul. Daszyńskiego
Tuchów, ul. Daszyńskiego  Fot. Dorota Gut

W rodzinnych archiwach zachowało się trochę zdjęć rodziców artysty. Na jednej z fotografii Bronstein senior (pociągła twarz, siwa broda) pochyla się w skupieniu nad stołem, zastawionym zegarmistrzowskimi przyrządami i częściami do zegarków. Na innej widać go od tyłu – w długim płaszczu, kapeluszu, z laską w ręku idzie w kierunku drewnianego mostu na Białej i widocznego w oddali klasztoru redemptorystów.

Przyszły artysta zachował w pamięci parę zdarzeń z dziecięcych lat spędzonych w Tuchowie. Na przykład dziwne „zamilknięcie”, o którym pisze w wydanej w USA biografii artysty Michele Vishny.

Bo przed szóstym rokiem życia nagle przestał mówić. Zaniepokojona matka przekonała męża, by zabrał go do znanego rabina-cudotwórcy i poprosił o pomoc. – Wracaj do domu, czekaj spokojnie – uspokoił zatroskanego rodzica rabin.

Tuchów z dziecięcych lat Bronsteina to również latawce, które puszczał z braćmi na okolicznych łąkach i wzgórzach. A także niebo i gwiazdy, w które uwielbiał się wpatrywać.

Jest też inne dziecięce wspomnienie, ważne dla jego późniejszej twórczości. Dotyczyło ojcowskiego, zegarmistrzowskiego warsztatu.

Pewnej nocy obudził się i zobaczył wszędzie wokół zegary z iluminowanymi cyframi i wskazówkami. Pokazywały różne godziny: jeden trzecią, inny siódmą, kolejny dwunastą... Zdał sobie sprawę, że widzi wszystkie wymiary czasu jednocześnie – przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. To doświadczenie „rozszczepienia” czasu pozostało w nim na zawsze. Tarcze zegarów, cyfry, wskazówki niejednokrotnie będą później pojawiać się na jego obrazach (jak np. w „Ship of Hours” z 1965 roku, ze statkiem wypełnionym godzinami).

Bronstein? Nieobecny!

Ojciec chciał, by najstarszy potomek odziedziczył po nim fach i został zegarmistrzem.

Będąc człowiekiem bardzo religijnym, dbał o wychowanie syna w poszanowaniu żydowskiej tradycji. Posłał go do tuchowskiego chederu (szkoły religijnej), gdzie młody Bronstein zgłębiał Torę i Gemarę (część Talmudu). Przekazywał mu też chasydzkie opowieści (Tuchów leży niedaleko Bobowej – dawnej siedziby cadyka i słynnej chasydzkiej dynastii Halberstamów).

Syn w wieku siedmiu lat zaczął też naukę w tuchowskiej, czteroklasowej szkole ludowej (w tym czasie już, zgodnie z przepowiednią rabina-cudotwórcy, jego „zaniemówienie” ustąpiło). Przyjęto go od razu do klasy drugiej, bo czytać i pisać już umiał.

W zachowanym dzienniku z lat 1905/6 można zobaczyć, jak się w tuchowskiej szkole sprawował i czego uczył.

Obyczaje „dobre”, pilność i porządek zewnętrzny również – zapisał w dzienniku nauczyciel. Oceny z przedmiotów też miał niezłe, z przewagą „piątek” i „czwórek”. Te przedmioty to religia, czytanie i pisanie, język polski i niemiecki, „rachunki w połączeniu z nauką o form. geometr.”, „wiadomości z dziejów i przyrody”, śpiew, rysunki. Co ciekawe, z rysunku nauczyciel wystawił mu ocenę „dobry”, a na drugie półrocze: „dostateczny”. Nie poznał się na talencie przyszłego artysty?

Bronsteina odnalazł w dzienniku Tomasz Wantuch z Towarzystwa Miłośników Tuchowa, tropiący i opisujący w lokalnym piśmie „Tuchowskie Wieści” historię miasta oraz losy jego dawnych mieszkańców. Przy okazji dokonał też innego odkrycia.

– O Bronsteinie dowiedziałem się z internetu, potem opowiadał o nim Michał Galas na prelekcji. Pokazał jego fotografię. To był impuls, by poszukać innych informacji – opowiada. – Zacząłem drążyć w archiwum, przeglądałem katalogi szkoły ludowej z początku XX wieku. I nic, nie było takiego nazwiska w dziennikach. Miałem już kończyć, gdy kątem oka zauważyłem wpis „Bronstein zegarmistrz”, w rubryce z danymi rodziców. To był przełom. Okazało się, że Max Bronstein i jego rodzeństwo zapisywane było pod nazwiskiem matki: Buksbaum. Nie Bronstein, ani tym bardziej Ardon! – opowiada Tomasz Wantuch. – To z pewnością on, Markus Leser Buksbaum – wskazuje wpis.

Rozwikławszy zagadkę wynikającą z różnej pisowni imion i nazwisk (np. Buksbaum/Buchsbaum), odkrył też w dzienniku kolejnych braci: Chaskiela, Szyje.

Tomasz Wantuch dodaje jeszcze ciekawostkę: w dzienniku wpisano inną datę urodzenia artysty, niż podają wszystkie encyklopedie – być może tę właściwą. Nie 13 lipca, ale 5 sierpnia 1896. Można byłoby to rozstrzygnąć na podstawie ksiąg metrykalnych – niestety, tuchowskie archiwa gminy żydowskiej przepadły w czasie II wojny.

U redemptorystów

Z pewnością w szkole uważano Bronsteina za chłopca zdolnego i inteligentnego. Właśnie nauczyciel przekonał bowiem ojca, by zgodził się na dalsze kształcenie swojego pierworodnego syna.

W Tuchowie nie było wówczas szkoły średniej. Istniało za to od 1898 roku prywatne męskie gimnazjum, prowadzone przez redemptorystów (tzw. juvenat). Szkoła przyjmowała chłopców po szkole ludowej, kandydatów na przyszłych misjonarzy. W programie nauki był m.in. polski i niemiecki, łacina i greka, ale też historia, matematyka, fizyka, zoologia, botanika, nawet antropologia. Absolwenci zdawali maturę jako eksterniści w państwowym gimnazjum w Podgórzu (w 1915 roku połączonym z Krakowem).

Tuchów, Sanktuarium MB Tuchowskiej i seminarium OO. Redemptorystów
Tuchów, Sanktuarium MB Tuchowskiej i seminarium OO. Redemptorystów  Fot. Dorota Gut

Trudno przypuszczać, by młody Bronstein planował karierę katolickiego misjonarza. Wiadomo natomiast, że u redemptorystów przez dwa lata pobierał lekcje łaciny i greki (wspomina o tym w biografii). Jak formalnie ta jego klasztorna edukacja wyglądała, trudno dziś ustalić – dokumenty z tego okresu, w tym rejestry uczniów, zaginęły podczas pierwszej wojny światowej, kiedy to zostały wywiezione z klasztoru z obawy przed nadciągającymi Rosjanami. Redemptoryści szukali ich potem nawet w Rzymie – jak dotąd bezskutecznie.

Atmosfera panująca w klasztornych murach, muzyka towarzysząca liturgii, łuki i sklepienia świątyni, biblioteczne półki z pięknie oprawionymi księgami – wszystko to robiło na chłopcu ogromne wrażenie.

Być może właśnie to zetknięcie z chrześcijańskim światem i sztuką sprawiło, że do innych religii odnosił się zawsze z szacunkiem.

Parę lat później jego przepustką do słynnego Bauhausu okaże się rysunek, zatytułowany „Steeple at Midnight” („Wieża o północy”). Z mroku wyłania się na nim wieża kościelna, rozhuśtany dzwon, krucyfiks widoczny przez otwarte drzwi świątyni, postać zakonnika. Jest i piejący kogut, i prężący grzbiet kot. Reminiscencje z czasów nauki w klasztornych murach?

Ucieczka do Tarnowa

Od dzieciństwa lubił rysować, robił to, jak tłumaczył, „z wewnętrznej potrzeby”. Muzea i galerie z dziełami wielkich mistrzów poznał dopiero później. Z małym wyjątkiem: kiedyś wpadło mu w ręce wydawane w Berlinie pismo „Ost und West”. Zobaczył w nim niewielką reprodukcję obrazu Rembrandta: „Portret starego Żyda”. Nie wiedział wtedy jeszcze, kim był Rembrandt – jak później tłumaczył, obraz zrobił na nim wrażenie właśnie z powodu tematu.

Malarski talent dostrzegł w małym Bronsteinie artysta z Wiednia, Roth, który na zlecenie tuchowskiej gminy żydowskiej na początku XX wieku dekorował wnętrza nowej synagogi. Malował na suficie mające bogatą biblijną symbolikę sylwetki lwa, tygrysa, jelenia i orła. Mordechaj podpatrywał go i na kartce próbował narysować takie same zwierzęta.

„Dziecko ma talent. Pozwól mu być malarzem” – przekonywał Roth ojca-zegarmistrza.

Mordechaj też miał zresztą wkład w ozdobienie nowej tuchowskiej synagogi. Zrobił do niej mizrach – wycinankę zamieszczaną na ścianie wschodniej, malowaną farbami wodnymi. Choć odbiegał on od tradycyjnych wzorów i zadziwił członków wspólnoty, zawisł w świątyni.

Po nauce w szkole ludowej i w religijnej żydowskiej oraz po lekcjach w klasztorze Bronstein najwyraźniej uznał, że w Tuchowie nic więcej już nie osiągnie. Iść w ślady ojca zegarmistrza też nie chciał.

W wieku trzynastu lat zgodnie z żydowskim obyczajem miał bar micwę – uroczystość będącą symbolicznym wejściem chłopca w dorosłość. Wkrótce potem spakował dwa rysunki (na jednym był żebrak, na drugim wesele) i uciekł z domu do Tarnowa.

Rodzina odnalazła go tam dopiero pół roku później (według innych źródeł trwało to aż dwa lata).

W 1951 Bronstein namalował obraz zatytułowany „Child with Cuckoo Clock”. Przedstawiał zegar z kukułką i chłopca malującego na kartce kukułkę. Pomiędzy nimi widać znak w kształcie litery „Y”. Jak rozchodzące się drogi, symbolizujące dwie możliwe ścieżki: zostać zegarmistrzem, jak chciał ojciec, czy artystą?

– Wątki autobiograficzne, w tym te odnoszące się do dzieciństwa, są kluczem do odczytania wielu jego obrazów. Warto byłoby je prześledzić – uważa Michał Galas.

Uczeń – prywatysta

W Tarnowie Bronstein kontynuował naukę – w czym pomógł mu tym razem tutejszy biskup. Być może był to bp Leon Wałęga – związany także z tuchowskim klasztorem. Dopełnieniem edukacji miał być rok spędzony w Krakowie, w Gimnazjum Świętej Anny (obecnie I LO im. Bartłomieja Nowodworskiego).

W której tarnowskiej szkole mógł pobierać nauki? W „C.K. Gimnazyum I w Tarnowie”? W „C.K. Gimnazyum II” – gdzie jego szkolnym kolegą byłby wówczas uczeń Henryk Sucharski, przyszły obrońca Westerplatte?

Miałby tam w programie pierwszej klasy łacinę i polski, niemiecki, geografię, historię („Najważniejsze podania, osobistości i zdarzenia z historii ojczystej według podręcznika Pieniążka”), matematykę, naukę rysunków („ornamenty płaskie i łatwe, oparte na zasadniczych kształtach geometrycznych”), kaligrafię, religię mojżeszową. A na rozpoczęcie roku szkolnego wraz z całą szkołą świętowałby z okazji „imienin Najjaśniejszego Pana Cesarza Franciszka Józefa I”.

W zachowanych sprawozdaniach rocznych i dziennikach wspomnianych tarnowskich szkół nazwisko przyszłego artysty (we wszystkich możliwych wersjach) jednak nie figuruje. W krakowskiej także. Wyjaśnieniem tej nieobecności może być podana w biografii informacja, że były to lekcje prywatne, a nie regularna szkolna nauka. Możliwe więc, że należał do grupy, którą w tych dokumentach określano mianem „prywatystów”.

Być aktorem czy malarzem?

Aby utrzymać się w Tarnowie i zarobić na naukę, pracował w składzie żelaznym. Nawet zastępował właścicieli, którzy po wybuchu I wojny wyjechali z Tarnowa do Wiednia.

Zetknięcie z ciężko pracującymi robotnikami sprawiło, że przystał do socjalistów. Chodził na zebrania, czasem podczas takich spotkań zabawiał kolegów recytowaniem literatury jidysz, np. powieści Szolema Alejchema, „Dzieje Tewjego Mleczarza”. Przypadek sprawił, że właśnie te popisy skierowały go w stronę... aktorstwa.

Jeden z jego występów w Tarnowie usłyszał austriacki aktor Alexander Granach, służący wówczas w armii austro-węgierskiej. Spodobało mu się: zachęcił Bronsteina, by ruszył do Niemiec i popróbował sił w tamtejszych teatrach.

Bronstein posłuchał rady i w 1919 roku wyjechał z Polski. Uczęszczał krótko do Reinhardt Schaulspielschule des Deutschen Theaters, zaczął grać na scenie. Obsadzono go m.in. w roli Shylocka w „Kupcu weneckim” Williama Szekspira. Pewnego dnia, po występie w nadbałtyckim kurorcie, naszła go refleksja: „Kim jestem teraz? O jedenastej byłem Shylockiem.... a o północy?”.

I znów to doświadczenie różnych wymiarów czasu – jak w tym wspomnieniu z dzieciństwa, z ojcowskiej pracowni, z zegarami wskazującymi różne godziny...

Aktorem ostatecznie nie został, ale zdobyte wówczas umiejętności przydały mu się w późniejszym życiu, choćby w karierze wykładowcy. Potrafił barwnie opowiadać, przykuwał uwagę – tak zapamiętali go późniejsi studenci.

W internecie można znaleźć dokumentalny film nakręcony w 1988 roku. Ilustruje on proces powstawania ostatniego tryptyku, poświęconego Hiroshimie: „And there was Evening and there was Morning”. Sędziwy, 92-letni artysta w skupieniu przygotowuje farby, nakłada kolejne warstwy na płótno, rozciera szmatką, rysuje pastelami – i snuje opowieść, współgrającą z powstającym obrazem zagłady miasta.

Trudno przestać patrzeć, trudno przestać go słuchać.

 

Bauhaus i sąsiad Klee

Bronstein wraca do Berlina. Robi to, co dotąd mu nie było dane: zwiedza muzea. „Ja, chłopiec z chasydzkiej rodziny. Pożeram obrazy dzień po dniu. I nagle zobaczyłem El Greco. Byłem głęboko poruszony (nie wiedziałem że pochodził z Krety, wyspy niedaleko Izraela, Kreta i Izrael były daleko ode mnie). Pierwsze kopie, jakie wykonałem, były właśnie z obrazów El Greco” – wspominał.

Wcześniejsza edukacja to był ów Rembrandt z „Ost und West”. Lata później zdefiniował różnicę pomiędzy dziełami obu mistrzów: dostrzegł ją w operowaniu światłem. U Rembrandta światło było „bardziej ludzkie”, u El Greco – „bardziej boskie”.

Lubił dzielić się swoimi artystycznymi odkryciami, oprowadzał przyjaciół po galeriach i muzeach. Właśnie podczas jednej z takich wycieczek swoimi intrygującymi komentarzami do dzieł mistrzów zwrócił uwagę niejakiej pani Schlomann. Zachęcony przez nią, pokazał parę swoich prac, w tym „Steeple at Midnight” z kościelną wieżą. Zachwycona nim dama wysłała pracę do zaprzyjaźnionych osób z Bauhausu – obrazek stał się „przepustką” do tej słynnej szkoły rzemiosła, sztuki użytkowej i architektury, założonej przez Waltera Gropiusa.

W 1920 przeniósł się do Weimaru i zaczął naukę w Bauhausie. Spędził na tej uczelni pięć lat (przenosząc się potem wraz z nią do Dessau). – Itten, Klee, Kandinsky, Feininger – wymieniał poznanych wówczas artystów. Wielki wpływ miał na niego zwłaszcza Paul Klee – mieszkał zresztą w jego sąsiedztwie.

Tworzył wówczas głównie abstrakcje, ale także kompozycje wykonane z różnych materiałów, drewna, słomy, trzciny itp. (z takiej artystycznej wszechstronności uczelnia słynęła). W jednej z prac, „Materiestudie”, znów nawiązał do dzieciństwa, wplatając w kompozycję zarówno ojcowskie zegary, jak i liście palmowe – wspomnienie żydowskiego święta Sukot (święto Szałasów).

Edukację artystyczną uzupełnił w 1926 roku w Monachium. Pojechał tam, by u Maxa Doernera zgłębiać tajniki malarstwa dawnych mistrzów, zwłaszcza sposoby uzyskiwania pożądanych barw i „zamykania” w nich światła.

Pszczelarz spod Jerozolimy

Bronstein sympatyzował z ruchem socjalistycznym, widział w nim sposób na rozwiązanie wszystkich problemów ludzkości, biedy, wyzysku, wojen. Na początku lat 30. tworzył sztukę propagandową – plakaty, filmy, tłumaczące idee marksizmu.

W Niemczech poznał swoją żonę Miriam, tu urodził mu się syn Michael.

W 1933 roku, zagrożony aresztowaniem za swoje polityczne poglądy, opuścił Niemcy. U władzy byli już naziści – NSDAP odniosła zwycięstwo w wyborach, do władzy dochodzi Adolf Hitler.

Mordechaj, Hella i Chaskiel w Berlinie
Mordechaj, Hella i Chaskiel w Berlinie  Archiwum prywatne rodziny Mordechaja Ardona

Max Bronstein jedzie do Palestyny – która miała być dla niego tylko przystankiem na drodze do Paryża. Ale właśnie tu odkrywa nowe inspiracje. Czuje, że właśnie tu może malować.

Na początku jednak przez pół roku mieszka w kibucu Kiryat Anavim, na obrzeżach Jerozolimy. Był tam... pszczelarzem. Malarstwa jednak nie zaniedbywał. A że społeczność żydowska potrzebowała ludzi wykształconych – dostał propozycję nauczania.

Po latach wspominał, jakie wrażenie wywarła na nim Jerozolima. Uświadomiła mu: „Jestem Żydem, ale nie tylko Żydem z Polski, nie tylko z mojej wioski. Było tu coś, czego nie znałem, mimo że czytałem o tym w Biblii. W młodości modliłem się, przywoływałem Izrael i Jerozolimę każdego dnia, ale nie były one dla mnie realne. I nagle się urzeczywistniły... Jerozolima stała się rzeczywistością dla mnie – ta ziemska i ta boska powyżej”- wspominał w rozmowie z Carlem Katzem.

Poczuł „korzenie pod stopami”. – Mówili do mnie po hebrajsku i rozumiałem, mimo że nie słyszałem ani słowa w tym języku od czasu, gdy miałem 13 lat – wspominał innym razem.

W Jerozolimie odkrył nowy malarski temat: pejzaże. Patrząc na tamtejsze krajobrazy – pustynię, osady, kamienie Jerozolimy, gaje oliwne – miał znów poczucie przenikania się czasu, jednoczesnej obecności tego co było, jest i będzie. Niektóre miejsca malował wielokrotnie – tak było z Górą Oliwną czy doliną Cedronu.

Niemal oślepiły go intensywne kolory biblijnej krainy. Początkowo nawet uciekł przed nimi, wybierając dla kontrastu mroczne barwy – jak na obrazie „In the Hills of Judea”. „Kiedy pan to malował?” – pytano go potem. „W siedemnastym wieku” – odpowiadał z humorem.

To „odkrycie korzeni” sprawiło, że Mordechaj / Max Bronstein zdecydował się zmienić nazwisko. Tak narodził się świadomy swej tożsamości artysta Mordechaj Ardon. Nowe nazwisko zaczerpnął ze starotestamentowej 1 Księgi Kronik („Kaleb, syn Chesrona, wziął za żonę Azubę, z której miał Jeriota. Oto [jeszcze] jej synowie: Jeszer, Szobab i Ardon”).

Wybrał je, mimo że poproszony o poradę znawca Pisma odradzał. Wskazywał bowiem, że w rodzinie biblijnego Ardona występowała kobieta, której imię znaczyło „opuszczona”, a imię jednego z jej synów: „niegrzeczny chłopiec”. – To właściwa rodzina dla mnie – odparł artysta.

Ojcowskiego nazwiska Bronstein używał (obok Ardona) jeszcze do lat 50.

Okna Ardona

Uczył m.in. w Bezalel School of Arts and Crafts (Szkoła Sztuk Pięknych i Rzemiosł Artystycznych Becalel). W 1940 roku został jej dyrektorem. Chciał ją uformować na wzór Bauhausu, stworzyć centrum, w którym adepci sztuki uczyliby się od mistrzów. Napotkał problemy, swojej wizji w pełni nie zrealizował.

Sztukę popularyzował w audycjach radiowych. Od 1952 roku aż do przejścia na emeryturę w 1963 roku był doradcą izraelskiego ministra edukacji i kultury, nadzorował programy dotyczące edukacji artystycznej w szkołach, wykładał na uniwersytecie.

Miał wiele międzynarodowych wystaw, na biennale w Wenecji w 1954 roku otrzymał Nagrodę UNESCO. Jego prace trafiły m.in. do nowojorskiego Museum of Modern Art czy Stedelijk Museum w Amsterdamie.

Gdy zmarła jego żona Miriam, szukał nowego artystycznego wyzwania, które pomogłoby mu zagłuszyć ból po stracie bliskiej osoby. Tak zrodził się projekt stworzenia wielkiego witrażu z biblijnymi i kabalistycznymi motywami, „Izajasza wizja wiecznego pokoju”, znanego pod nazwą „Okna Ardona”. Szklane płytki według projektu artysty zostały wykonane w warsztacie we Francji, w Reims. Liczący 17 metrów długości i 6,5 wysokości witraż odsłonięto w kwietniu 1984 roku.

Izajasza wizja wiecznego pokoju (1982-84), witraż Mordechaja Ardona (1896-1992) w Bibliotece Narodowej Izraela w Jerozolimie.  Ardon Estate
Izajasza wizja wiecznego pokoju (1982-84), witraż Mordechaja Ardona (1896-1992) w Bibliotece Narodowej Izraela w Jerozolimie. Ardon Estate  Fot. Hanan Cohen, The National Library of Israel

Jego dzieło życia powstało w miejscu wyjątkowym – w Żydowskiej Bibliotece Narodowej i Uniwersyteckiej w Jerozolimie (obecnie Biblioteka Narodowa Izraela w Jerozolimie), przechowującej ponad 5 milionów książek i pism oraz cenne manuskrypty.

W pierwszej części witrażu na splatających się wstęgach Ardon zawarł cytat z Księgi Izajasza („Chodźcie, wstąpmy na Górę Pańską”), zapisany w różnych językach i alfabetach – m.in. w łacinie i grece, po angielsku, francusku, arabsku. A także po polsku.

W ostatniej zobrazował wizję przyszłości, w której zamiast wojen następuje braterstwo narodów („Wtedy swe miecze przekują na lemiesze, a swoje włócznie na sierpy” – Księga Izajasza 2,4, wg. „Biblii Tysiąclecia”). W środkowej widać mury Jerozolimy, wtopione weń zwoje, talmudyczny symbol: Drzewo Życia Sefira.

Niezwykłe i niestandardowe są kolory witrażu: szafirowe oraz szkarłatne, niczym krwawiące niebo. – Jego fascynacja kolorami datowała się jeszcze od czasów dzieciństwa, kiedy to zobaczył u ojca kamienie szlachetne. Ich barwy zrobiły na nim ogromne wrażenie – podkreśla Elżbieta Moździerz z Towarzystwa Miłośników Tuchowa, zafascynowana twórczością Ardona.

Nawiasem mówiąc, wielojęzyczne cytaty na witrażu to nie przypadek. Ardon był poliglotą. Z domu wyniósł znajomość jidysz, znał polski, niemiecki, hebrajski, francuski, angielski, do tego jeszcze łacinę i grekę... Wspomniany już film o Hiroszimie powstał w czterech wersjach językowych, i w każdej z nich Ardon swobodnie opowiadał o powstającym dziele.

Twarze ze zdjęć

Europę odwiedził jeszcze w 1937 roku, był wówczas w Paryżu. – Nie jestem pewna, czy odwiedził także Polskę, czy spotkał się ze swoimi rodzicami, rodzeństwem, siostrzeńcami i bratankami, po raz ostatni – pisze mieszkająca w USA Dalia Ardon Ish-Shalom, wnuczka artysty.

Do Tuchowa przyjechał po wojnie, w 1959. Nie zobaczył już synagogi dekorowanej przez Rotha – spalili ją Niemcy w połowie września 1939 roku (pilnowali, aby nikt nie gasił). Spłonęły księgi i dokumenty. Nic nie zostało z cmentarza, znajdującego się na wzgórzu, przy drodze do Buchcic.

Nie było przyjaciół z chederu. Ani większości z jego ogromnej rodziny.

Po latach niełatwo odtworzyć nawet ich imiona. Okruchy informacji udaje się znaleźć w tarnowskim oddziale Archiwum Narodowego w Krakowie, dzięki pomocy Anny Drąg-Sukiennik.

W dziennikach Krajowej Szkoły Kupieckiej w Tarnowie znajdujemy Chaskiela i Szyje (Yehoshua, Shaya – ukochany brat artysty) Bronsteinów. W I Gimnazjum im. Kazimierza Brodzińskiego – Chaima (maturę zdawał w 1934 roku). Jest także Salomon / Schulem. Łączy ich miejsce zamieszkania: „ul. Bernardyńska 6, u rodziców”. W tarnowskich księgach metrykalnych (które w odróżnieniu od tuchowskich przetrwały) zapisano ich siostrę Sarę – żyła zaledwie rok, zmarła na zapalenie mózgu.

Anna Drąg-Sukiennik wyszukała w archiwum także pochodzące już z czasów okupacji karty z wymiarem podatków do opłacenia. Karta zegarmistrza Sendera Bronsteina kończy się na roku 1942, podobnie Mosesa (też zegarmistrza). Dla Schulema („rzemiosło fotograficzne”) ostatnie wpisy dotyczą roku 1944.

Dalia Ardon Ish-Shalom przysyła zdjęcia z domowego archiwum. Są na nich kolejne siostry: Chava i Netka, jest brat Menachem... Zdjęcia ślubne, pamiątkowe fotografie z pobytu w Krynicy, w samochodzie z krakowską rejestracją. Niektóre z dedykacjami („Kochanej Cioci Maniusi i Wujciowi Maksowi na pamiątkę – Tosia z mamusią”).

Rodzina Bronsteinów w samochodzie
Rodzina Bronsteinów w samochodzie  Archiwum prywatne rodziny Mordechaja Ardona

Wśród nich jest także wspólne zdjęcie rodzeństwa. Stoją wszyscy młodzi, uśmiechnięci lub poważni, wpatrzeni w obiektyw.

– Aleksander i Szewa Bronstein, dziesięcioro ich dzieci, wnuki – wszyscy zostali zamordowani w Auschwitz. Przeżył tylko Mordechaj, jego brat Chaskiel i siostra Hella (Hellen) Reich – pisze Dalia Ardon Ish-Shalom.

Chaskiel to znany przed wojną tarnowski fotograf (wart osobnej opowieści). Jego przepustką do życia okazał się brazylijski paszport. Hella przeżyła w Szwajcarii – pojechała tam, by leczyć córkę, pozwolono im zostać na czas wojny.

Mordechaj Ardon tematyce Holocaustu poświęcił m.in. obraz „Train of Numbers” (1962). Namalował pociąg z bydlęcymi wagonami – zamiast ludzi jadą nim obozowe numery.

Ardon wraca do Tuchowa

W 1988 roku wiekowy już Ardon „wrócił” do rodzinnego miasta symbolicznie, tworząc cykl obrazów pod tytułem „Landmark Paintings”. Pierwszy z nich nosił tytuł „Narodziny Tuchowa”, inny: „Czas odwiedza Tuchów” (znów te tarcze zegarów...). Towarzyszyły im piękne, poetyckie opisy.

Zmarł w 1992 roku w Jerozolimie.

Jego rodzinny Tuchów pomału odkrywa zapomnianą przeszłość. W 2016 roku – w 120. rocznicę urodzin artysty – z inicjatywy dr. hab. Michała Galasa w mieście odbyła się konferencja naukowa o Ardonie i tuchowskich Żydach, współorganizowana przez Instytut Judaistyki UJ. Obecni mieszkańcy po raz pierwszy mogli usłyszeć o sławnym tuchowianinie i jego pracach.

Była to zarazem pierwsza polska prezentacja twórczości tego absolwenta Bauhausu. – Mamy nadzieję, że polskie galerie czy muzea zainteresują się Ardonem i zaprezentują jego prace. Jego twórczość jest tego warta – podkreśla Elżbieta Moździerz.

Przy okazji konferencji odsłonięto w Tuchowie dwie tablice. Jedna upamiętnia Żydów, zamkniętych przez Niemców w tutejszym getcie i zgładzonych potem w Bełżcu. Na skwerze przy ul. Daszyńskiego – czyli w pobliżu rodzinnego domu Ardona – pojawiła się tablica z biogramem artysty. A obok niej „żywe” inicjały MA – ułożone z fioletowych kwiatów, posadzonych pośród białych kamyków. Zobaczy je dziś każdy, kto przejeżdża drogą z Tarnowa w kierunku Krynicy.

Inicjały Mordechaja Ardona w Tuchowie
Inicjały Mordechaja Ardona w Tuchowie  Fot. Dorota Gut

***

Galerię prac artysty można zobaczyć na stronie: www.ardon.com

Korzystałam z książek: Michele Vishny, „Mordecai Ardon” (Harry N. Abrams, New York, 1975), Arturo Schwarz: „Mordecai Ardon: The Colors of Time” (The Israel Museum, Jerusalem / Tel Aviv Museum of Art, 2003), a także z zasobów Archiwum Narodowego w Krakowie – oddział w Tarnowie.

Kto chciałby uzupełnić biografię Mordechaja Ardona / Maxa Bronsteina – proszę o kontakt: dorota.gut@krakow.agora.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem