Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Bartosz Piłat: Dlaczego umówiliśmy się w tym miejscu? [rozmawiamy w Ka Udon przy ul. Rakowickiej].

Michał Kudłacz: Spotykamy się niedaleko mojego miejsca pracy, do którego obaj mogliśmy wygodnie dotrzeć, ja tu dojechałem tramwajem. Mają tu świetną kawę, lokal ładnie wygląda. Kiedy już skończymy rozmawiać, możemy spotkać innych ludzi, których znamy.

A gdzie umówilibyśmy się dziesięć lat temu?

– Pewnie gdzieś bliżej Rynku albo może na Kazimierzu.

Dlaczego?

– Na Rakowickiej chyba nie było wtedy tylu kawiarni – choć przyznaję, że nie pamiętam już dokładnie, tak oswoiłem się z obecnym jej kształtem. A Rynek jest naturalnym centrum w Krakowie: łatwo tam dotrzeć, kręci się wokół niego życie.

Co to jest centrum?

– To kwestia perspektywy. Jesteśmy w Krakowie, w Europie. Trzeba zrobić kilka słów wprowadzenia historycznego. Centrum Krakowa wykreowało się dawno temu. Na podobnych zasadach jak w przypadku każdego miasta. Tysiące lat temu ludzie prowadzili wędrowny tryb życia. Kiedy nauczyli się uprawiać ziemię, zaczęło się osiedlanie w jednej, konkretnej lokalizacji. Takie miejsce musiało spełniać kilka warunków: mieć łatwy dostęp do wody pitnej, znajdować się w okolicy z żyzną glebą, z lasami pełnymi zwierząt, w okolicy wzgórza, z które można było wypatrywać wroga itd.

Przez bardzo długi czas te miejscowości, miasta nie były ekspansywne. Rozwijały się do środka. Zbudowane dla ochrony przed napastnikami mury obronne, fosy, palisady wymuszały dogęszczanie miasta, jak najefektywniejsze wykorzystanie przestrzeni, energii i innych zasobów. Były centrum wymiany gospodarczej, ułatwiały handel dzięki placom targowym. Wymuszały rozwój techniczny.

W tych miastach wspomniany plac wymiany handlowej oraz ośrodek władzy znajdowały się zwykle w środku zabudowy. Pałac namiestnika, władcy, był ośrodkiem odniesienia politycznego – im bliżej było się jego ucha, tym większe miało się znaczenie. Podobnie – im bliżej było się rynku handlowego, tym łatwiej było o okazję itd. W epoce, w której komunikacja była oparta o rozmowy i pismo, te rzeczy miały niebagatelne znaczenie.

Tamte miasta były małe i ciasne, regulowały dostęp do zawodów, do powierzchni. Niektórzy musieli osiedlać się poza nimi.

– Tak, ale odtwarzali zwykle większość zasad obowiązujących w miastach. Nierzadkie było też zakładanie innego, nowego miasta nieopodal już istniejącego. Był Kraków, a zaraz obok niego założony, usankcjonowany został Kazimierz.

Władcy i bogatsi też uciekali poza miasta. Już w tamtych czasach wielu miało chęć wyrwania się z gęsto zabudowanej, intensywnej przestrzeni. Villa suburbana nie była rzadkością. Polscy królowie jeździli do Niepołomic. Dzisiejszy ośrodek konferencyjny i kulturalny Willa Decjusza to późniejszy przypadek.

Miast w tym kształcie już nie ma. Niemal bez wyjątku wszystkie spuchły, eksplodowały, rozrosły się.

– W efekcie mało które z nich ma jedno centrum. Pojęcie centrum miasta zmieniła rewolucja przemysłowa. Wcześniej było to najważniejsze miejsce spotkań, handlu, czasem innej działalności ekonomicznej. W okresie rewolucji przemysłowej miasta zaczęły się gwałtownie rozrastać, bo musiały przyjąć tysiące robotników. Rozrastały się dość chaotycznie, planowo powstawały za to fabryki. Wtedy w centrum się pracowało, a wracało po pracy na przedmieścia, do domów, najczęściej pieszo, więc preferowano miejsce zamieszkania niedaleko pracy. Do dziś przy bramie większości kopalń znajduje się restauracja, pub. To pozostałość tamtej epoki, która przetrwała wraz z pewnymi obyczajami zawodu górnika.

Znaleźli się obrońcy zalet miasta sprzed rewolucji przemysłowej, koncepcje planujące miasto bardziej przyjazne ludziom, jak choćby miasta ogrody Howarda. Żadna z nich nie umiała jednak znaleźć ścieżki powrotu do idei jednego centrum. Coraz wyraźniej było widać rozdział na centra, które są zbudowane wokół miejsc pracy, oraz na centra związane ze spędzaniem wolnego czasu. Kolej, a przede wszystkim samochód na dokładkę doprowadziły do rozlewania się miast. Dziś wirtualne możliwości kontaktu pełnią, jak mi się wydaje, rolę utrwalacza tego stanu rzeczy.

Czyli miasta okazały się nieatrakcyjne?

– Miasta są atrakcyjne, ale wody z ogniem pogodzić się nie da. Efektywności wykorzystania przestrzeni i energii, z jaką mamy do czynienia w miastach, nie da się pogodzić z hektarami dzikiej przyrody – albo jedno, albo drugie. Mieszkając w mieście, w jego centrum, bardzo rzadko można mieć za oknem las. Mieszkając z kolei na skraju lasu, trzeba z pewną częstotliwością odwiedzać centrum, czasem oznacza to podróż kilkunasto-,a nawet kilkudziesięciokilometrową.

Ten schemat dość dobrze pokazuje Londyn i jego otoczenie. Londyn jest miastem złożonym z mniejszych miast samodzielnych, z dzielnic zupełnie samowystarczalnych. Choć nie do końca. Po pewne kompetencje, po pewne doświadczenia kulturowe, do najlepiej płatnej pracy, jedzie się do najstarszego obszaru Londynu. Wokół samego Londynu funkcjonują z kolei miasta satelity, wsie, w których mieszkają użytkownicy Londynu, jego najważniejszej części. Dzięki internetowi, komunikatorom, wideorozmowom do centrum Londynu muszą jechać raz, dwa razy w tygodniu, gdy trzeba się pojawić na naradach lub podpisać dokumenty. Korzystają z centrum przez cały czas, ale tylko czasem muszą się w nim znaleźć fizycznie.

Czym jest zatem centrum? Co je tworzy?

– To miejsce spotkań – jeśli odpowiada socjolog, miejsce wymiany gospodarczej – z punktu widzenia ekonomisty, odpowiednio przestrzennie i funkcjonalnie zabudowana przestrzeń z punktu widzenia architekta lub urbanisty. Dziennikarz Andrew Marr zwrócił zaś kiedyś uwagę, że centrum to miejsce, które jest szczególnie zadbane przez mieszkańców. To w centrum chodniki są równiejsze niż gdzie indziej, zieleń zadbana i przystrzyżona – wiemy więc, że znajdujemy się na obszarze ważnym dla mieszkańców miasta z jakiegoś powodu.

A może to posiadanie przynajmniej jednego centrum odróżnia wieś od miasta?

– Niestety. Są wsie ulicówki, w których trudno o centrum, ale są też wsie zabudowane wokół kościoła, skrzyżowania ważnych dróg, tam jakiś rodzaj centrum się znajduje. Miasto wyróżnia raczej nagromadzenie ludzi z wysokimi kompetencjami, lepsze dochody, nagromadzenia na małej powierzchni instytucji, firm, które oferują każdy rodzaj pracy, rozrywki, edukacji.

Kłopot z określeniem tego, czym jest miasto, polega na tym, że miastem jest zarówno Limanowa, jak i Tokio. Mamy, zachowując odpowiednią skalę, kilka wspólnych cech, dzięki którym możemy oba te ośrodki nazwać miastami. Zdecydowanie jednak więcej je dzieli, niż łączy. I nie podejmuję się wskazać cech, które sprawiają, że na obydwie miejscowości mówimy: to miasto.

Czyli nagromadzenie kompetencji, funkcji i majątku wskazują, że raczej mamy do czynienia z miastem, a ich szczególne nagromadzenie na jakiejś jego części, że mamy do czynienia z centrum?

– Generalnie tak, ale – jak to zwykle bywa – obraz nam się komplikuje z powodu istnienia także centrów lokalnych. Przy tym nie muszą one wypełniać wszystkich przypisanych centrum funkcji, jedynie wybrane.

Lodziarnia, która niedawno powstała na Kurdwanowie, spowodowała, że przestrzeń, którą ludzie wcześniej po prostu przecinali, stała się takim lokalnym centrum. Siedzą na leżakach, jedzą lody, pewnie rozmawiają. Lodziarnia stworzyła centrum?

– Ludzie je stworzyli. Lodziarnia bez tych ludzi by nie zadziałała. Ktoś albo miał nosa, albo dokładnie sprawdził, ile w tamtej okolicy mieszka ludzi, jak wielu ich przechodzi przez miejsce, w którym powstała.

Właściwie jedynym warunkiem infrastrukturalnym i przestrzennym, żeby powstało centrum, jest aby znajdowała się tam jakaś powierzchnia publiczna, budynek, pomieszczenie, które można przeznaczyć na jakiś cel publiczny: muzeum, sklep, kino, klub sąsiedzki, kawiarnię. W tym przypadku mówimy jednak o odmianie centrum, które jest związane z naszym życiem prywatnym.

W Krakowie nie mamy centrum biurowego, firmy zajmujące się usługami dzielonymi są rozproszone po mieście. W Warszawie tego rodzaju centrum powstało, zyskując niechlubną nazwę Mordor. To też centrum. Pracuje się w nim, wymienia wiedzą, doświadczeniami, pieniędzmi. Ci, którzy tego miejsca nie lubią, mają je za centrum potu i łez.

Mamy więc centrum miasta i centrum osiedla. Co projektujemy na osiedlu, żeby miało ono swoje centrum, żeby jak najrzadziej trzeba było je opuszczać?

– Pytanie zawiera odpowiedź. Osiedle ze swoim własnym centrum ma tyle funkcji, że jest w stanie zaspokoić wszystkie potrzeby mieszkańców albo tak wiele, że nie trzeba go opuszczać często. Ma ludzi, o różnym statusie społecznym i majątkowym. Ma szkołę, przedszkole. Ma sklepy, może plac targowy. Ma miejsce do rekreacji, miejsce do spotkań towarzyskich, a więc jakąś formę parku, restaurację, klub, kawiarnię, przychodnię zdrowia. One wszystkie nie muszą się znajdować w jednym miejscu, ale zwykle tak jest, bo – tak jak kiedyś – projektanci starają się, by każdy mieszkaniec miał do nich mniej więcej podobną odległość. W taki sposób tworzy się samowystarczalne, kompaktowe osiedle. Małe miasto. Musi ono jednak mieć jeszcze jedną cechę: być jak najlepiej skomunikowane. Chodzi o to, żeby po brakujące emocje czy po pracę jechało się szybko i łatwo. Bez tego zamiast skupiać się na centrum własnego osiedla, projektujemy podróże po mieście pod kątem zaspokojenia naszych potrzeb w drodze do pracy i z powrotem. Na osiedle wracamy po to, by spać, w życiu lokalnego centrum nie uczestniczymy. I wtedy centrum nie ma.

Dr Michał Kudłacz – wykładowca Uniwersytetu Ekonomicznego, naukowo zajmuje się rozwojem regionalnym i metropolitalnym, politykami miejskimi

Partner akcji: mieszkajwmiescie.pl, Henniger Investment

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.