"Trochę jak na wsi, a trochę jak w mieście", "mały Wiedeń, ze swoimi małymi plotkami", "bardziej służy turystom, coraz mniej mieszkańcom", "wszędzie można dostać dobrą kawę" - o tym, jak się mieszka w Krakowie, za co go można lubić, a za co nie znosić, rozmawiają pisarze młodego pokolenia Kaja Puto i Ziemowit Szczerek.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Kaja Puto, reporterka, publicystka, wiceprezeska oficyny wydawniczej Ha! art : Co ci się tak podoba w tym Krakowie?

Ziemowit Szczerek, reporter, pisarz, autor m.in. "Przyjdzie Mordor i nas zje", "Siódemki" i "Tatuaża z tryzubem": Podoba mi się, że można w nim żyć trochę jak na wsi, a trochę jak w mieście. Jest w Krakowie wszystko, co mi się podoba w dużym mieście - czyli coś się jednak tutaj dzieje i jest trochę opcji do funkcjonowania, ale też rzeczy, które są wiejskie: kompaktowość, ten klimat, że idziesz ulicą i co chwila kogoś spotykasz. Lokalność. Ja w ogóle mam wrażenie, że Kraków jest moją zrealizowaną tęsknotą za małym miasteczkiem. Bo w Polsce prawie nie ma małych miasteczek, które by nie były upadłymi, depresyjnymi rzeczywistościami, a ich estetyka i powolny lajfstajl jakoś zawsze mnie kręcił. No i to mi się podoba. A co się tobie tak nie podoba?

K.P.: Kilkanaście lat temu, gdy polskie miasta zaczęły o siebie dbać, Kraków na pewno miał lepszy start. Była bogata oferta kulturalna, życie studenckie i atrakcje turystyczne - bez porównania z resztą kraju. Niestety, zeżarła nas pycha i zarosły nenufary. Z roku na rok miasto coraz bardziej służy turystom, a coraz mniej mieszkańcom. W centrum łatwiej zostać klepniętym w tyłek przez miłośników taniej seksturystyki, niż znaleźć park z prawdziwego zdarzenia. Lekkomyślne planowanie przestrzenne - a raczej jego brak - doprowadziło do sytuacji, w której zimą dusi nas smog, a latem męczą upały.

Z.S.: A kultura?

K.P.: Za etykietką stolicy polskiej kultury - na którą miasto pracowało całe lata, jeśli nie stulecia - również niewiele dziś stoi. Młoda, świeża kultura pozostaje poza zasięgiem wzroku miasta, które skupia się na organizacji dużych festiwali, celebracji klasyków i folkloru. Na ściąganych do miasta artystów nie można narzekać, ale ceny karnetów pozostają nieosiągalne dla przeciętnego mieszkańca, a tym bardziej studenta, którym ponoć miasto stoi (choć spycha go do niedogrzanego hangaru wciśniętego między bloki). Dodajmy, że w Krakowie - mieście literatury UNESCO - co roku zamyka się kilka księgarni.

Z.S.: Coś jeszcze?

K.P.: Najbardziej boli mnie inercja miasta wobec rasistowskich incydentów. Kraków od lat ściąga zagranicznych turystów, wielu z nich ulega urokowi miasta i decyduje się w nim osiedlić. Nigdy nie mogli liczyć na szczególne wsparcie w odnalezieniu się w nowym miejscu, a dziś - w obliczu rosnących nastrojów ksenofobicznych - nie mogą liczyć też na pomoc prawną ani - jak słyszę od wielu znajomych - nawet na interwencję policji.

Z.S.: No jasne, z wieloma zarzutami się zgadzam. A właściwie ze wszystkimi. Ja też mogę Kraków krytykować za wiele rzeczy, ale wiele z tych zarzutów to zarzuty - ogólnie - do Polski. Ja się jednak jakoś intuicyjnie w Krakowie koncentruję na rzeczach pozytywnych. Szukam ich, bo najnormalniej w świecie lubię to miasto. To moje miejsce na ziemi. A lubię je, bo niewiele jest w Krakowie tych rzeczy, których nie lubiłem w Kongresówce, w której się wychowałem, a która jednak była rzeczywistością o wiele bardziej brutalną niż Małopolska, z jej mieszczańskimi tradycjami.

K.P.: Też mi zaleta!

Z.S.: To mieszczaństwo ma dwie strony: z jednej jest "straszne", "filisterskie" i bywa głupiomądre, ale z drugiej tworzy pewną jednak wyściółkę, sprawiającą, że to miasto ma jakąś formę. Jakiś kształt, być może nawet spokój wewnętrzny. Być może tylko z perspektywy Kongresówki można to docenić, nie wiem. Ale mnie się ta małomiasteczkowa środkowoeuropejskość Krakowa podoba, nawet jeśli jest gnuśna momentami. Dzięki niej zresztą, na przykład, do Krakowa bardzo długo nie docierał ten turystyczny seks-biznes, który na przykład w takiej Pradze czy Budapeszcie był już w latach dziewięćdziesiątych.

Natomiast, jak mówiłem, z twoją krytyką się zgadzam, ale nadal nie widzę w Polsce lepszego miejsca do mieszkania. Lubię po Krakowie spacerować - a uważam, że jest gdzie. Parki też lubię. Lubię w Krakowie siedzieć w knajpach, lubię w nim funkcjonować, ot tak. Lubię to miasto po prostu. Ty nie?

K.P.: Jasne, że lubię! Pomieszkuję tu od wielu lat, a doświadczenie tego miasta miało dla mnie formatywny charakter. Kalanie własnego gniazda - choć dziś w Polsce niemile widziane - robi dobrze nie tylko kalającym, ale przede wszystkim samym gniazdom. Nie rozumieją tego tylko najbardziej zakompleksione ptaszki.

Z.S.: Zgoda.

K.P.: I pewnie, zgadzam się, cekańska prowincjonalność Krakowa ma ogromny urok. Jeśli wyjedziesz z Krakowa, choćby na dekadę, i wrócisz - możesz być pewien, że twoja ulubiona kawiarnia wciąż jest w tym samym miejscu, a w obrusie wypalona jest dziura po papierosie, którą tam kiedyś zrobiłeś, to właściwie całkiem wygodne. Wolny rytm życia ulicy jest bardzo kojący, no i wszędzie można dostać dobrą kawę. Ale to wszystko Kraków ma od dawna, a dokładniej od dziadzia Franciszka Józefa, a każda dusza od spoczywania na laurach zwyczajnie się psuje.

Krakowskie mieszczaństwo z pewnością odegrało sporą rolę w konserwacji tego stanu rzeczy w trudnych dla Polski momentach. Pewnie dlatego w latach dziewięćdziesiątych Kraków był dla ciebie tak czarujący. Nie zgodzę się jednak, że dziś ma potencjał formotwórczy. Porównywalne do Krakowa miasta - Wrocław, Poznań czy Lublin - nie potrzebowały ogona dulszczyzny, żeby wytworzyć pełne fermentu i swoistości życie miejskie oraz jego świadomych swojej roli aktorów. Kraków pozostał małym Wiedniem ze swoimi małymi plotkami, małymi konwencjami i skandalami ukrytymi w małych, brudnawych piwnicach.

Z.S.: To fakt, że pozostał mikro-Wiedniem wyobrażonym, nawet jeśli Wiedeń poszedł już daleko do przodu. Ale mnie jednak właśnie w Lublinie czy Wrocławiu tego szerszego mieszczańskiego osadzenia trochę brakuje. W ogóle czasem żałuję, że Lublin nie leżał w Habsburgii, bo wtedy byłby o wiele większym miastem. Czasem też nie, bo Rosja konserwowała te małe, stare polskie miasta raczej, zamiast je z rozmachem rozbudowywać i formować po swojemu, dzięki czemu można je teraz zobaczyć, mimo że III RP je zasypała swoim barbarzyńskim chłamem. Też lubię ten chłam, jasne, tym bardziej że przez niego łatwiej przejrzeć, bo w przeciwieństwie do rozbudowy pruskiej czy austriackiej, jest ten chłam rachityczny jak wioska nomadów. No, ale Habsburgia, z drugiej strony, uniformizowała, dlatego habsburskie miasta bywają trochę monotonne - jeśli zna się jedno, zna się wszystkie, można powiedzieć. Coś jednak było w tym, co pisał Schulz o tym, że Franz Josef świat ujął w kratki jednakowe.

K.P.: W takim razie czemu akurat Kraków, a nie Bratysława, Zagrzeb czy Budapeszt?

Z.S.: Bratysławę uwielbiam, Zagrzeb jest miły, Budapeszt niezbyt. Kraków jednak różni się od innych habsburskich miast. W Krakowie mało czuć jednak ten syndrom "habsburskiego blokowiska", czyli kamienicznych dzielnic, w których ledwo widać niebo, gdzie ulice są monotonne jak cholera i łażenie po nich męczy. Budapeszt taki jest. Kraków jest bardziej zróżnicowany, ma fajny modernizm przedwojenny na wczesnej Krowodrzy, niedaleko parku Krakowskiego. No i ma to, co najbardziej lubię w habsburskich miastach chyba - te stare dzielnice willowe, fajnie położone: osiedle profesorskie jest okej, ale aleję Waszyngtona naprawdę uwielbiam. I rzeka płynie, i zabudowania na wzgórzu, na Salwatorze, do tej rzeki schodzą. Ale i mnóstwo miejsca nad tą rzeką jest. No i Błonia.

K.P.: Tyle?

Z.S.: No nie, wiele więcej. Co ważne, lubię w Krakowie jego położenie, to, że blisko jest do tego całego labiryntu, którym jest Europa Środkowa, i niżej Bałkany. To dla mnie jednak jest trochę czarodziejska kraina z bajek, ta plątanina mitów, języków, obsesji itd. I fajnie, że Kraków jest tego częścią jakoś, podoba mi się to. A powiedz mi, za co ten Kraków lubisz w ogóle?

K.P.: Za Nową Hutę, architektoniczny ewenement na skalę byłego Bloku Wschodniego, który przez swoje "złe urodzenie" doświadczył nieodwracalnej chyba już degradacji. Z alei Róż zniknęły róże, polbruk zastąpił klinkierowe cegiełki, dopracowane fasady zniknęły pod styropianem maźniętym kolorową farbą. Od wielu lat mówi się o rewitalizacji Nowej Huty, o tym, że mogłaby być polskim Friedrichshainem (modna i dumna ze swojej późnomodernistycznej architektury dzielnica wschodniego Berlina), nic z tych planów nie wychodzi, mimo starań mieszkańców i wielu inicjatyw społecznych. Otwarcie Tesco w kinie Świt i zamknięcie Skarbnicy (notabene było to w roku, w którym miasto dostało tytuł UNESCO) osłabiło jednak morale. A szkoda, bo odkrywanie innej niż mieszczańska historii Krakowa pomogłoby utrzeć nosa tym krakusom, którzy bronią swojej krakowskości jak świętej polany i roszczą sobie do niej prawo na wyłączność. A ty tylko mieszczańskie dzielnice w Krakowie lubisz?

Z.S.: A skąd! Nowa Huta jest fajna, ale okazała się zbyt daleko od centrum, żeby stać się częścią życia miejskiego Krakowa, a w Krakowie większe odległości to problem. Konkurencyjnego centrum Huta nie wytworzyła, więc pozostała peryferium, niestety. Ale Kraków w ogóle mnie interesuje. I to te niekoniecznie oczywiste miejsca. Na przykład lubię Ruczaj. Albo raczej - ciekawi mnie Ruczaj. Bo to idealne odbicie tego, co się w Polsce działo w latach 90. i na początku 2000. To naćkanie bloku na blok, to budowanie wątpliwej jakości luksusu bez planowania przestrzennego, Kosowo zupełne. Jeśli Nowa Huta miała być reprezentatywna dla lat 50., to Ruczaj jest Nową Hutą III RP. Poza tym Kraków tak naprawdę niewiele się różni od innych polskich miast, jeśli chodzi o tę polewę chaotyczną lat 90. I lubię ją w Krakowie tak samo, jak lubię ją gdzie indziej w Polsce. Tylko że w Krakowie ona mi się wydaje przyjemniejsza, bo rozsmarowana jest na czymś, co nie jest zbyt proste w formie. Tak samo mam na przykład w Poznaniu. Albo na ziemiach poniemieckich. No i w Galicji.

K.P.: A! Skoro już jesteśmy przy micie habsburskim - lubię Kraków za Podgórze, w którym chyba nawet łatwiej opowiedzieć sobie tę bajkę o cesarstwie świętego spokoju, o tyglu wielu kultur, nad którym pieczę niespiesznie sprawuje poczciwy dziadzio. A tym ciekawiej się w Podgórzu tę bajkę puentuje, że tuż obok jest postindustrialne Zabłocie, które swoją prostotą i kanciastością ostro kontrastuje z pompą i kiczem odbijających się echem cekańskich pochodów, operetek i maskarad.

Ale już najbardziej w Krakowie lubię to, co Robert Musil nazywał w kontekście Austro-Węgier "pogodnym dojutrkowaniem". Kraków pozwala tracić czas. A nawet do tego zachęca.

Tekst powstał w związku ze spotkaniem z Kają Puto i Ziemowitem Szczerkiem, które odbyło się 15 kwietnia na zamówienie i z inspiracji organizatorów Europejskiej Stolicy Kultury Wrocław 2016 i Światowej Stolicy Książki UNESCO 2016.

Rynek Główny
Rynek Główny  JAKUB OCIEPA
Twitterze Facebooku

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Roman Imielski poleca
Więcej
    Komentarze
    Zaloguj się
    Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem
    Pani Kaju? Nowa Huta to jest ( i zawsze miało być) oddzielne miasto. Operacja, którą Pani wykonuje przypomina porównywanie Stalowej Woli do Sandomierza. Znaczna część nieszczęść Nowej Huty polega na miejscowym obywatelstwie i zakorzenionych w nim - od trzech/czterech pokoleń - poglądach. Żeby Pani niebo do ziemi przyciągnęła, to obywatelstwu Nowej Huty to się podobać nie będzie. Najpiękniejsze lata zostały w realnym socjalizmie, który tzw KTOŚ im później zohydził. Zachwyty urbanistów nad wspaniałością Nowej Huty są zachwytami nad formą. Nie słyszałam jeszcze, żeby ktoś się pochylił nad treścią.
    już oceniałe(a)ś
    1
    0
    Uwielbiam wypociny "światowych" osób które pomieszkały w Krakowie kilka lat, znudził im się i zaczynają narzekać... jakie to Polskie :)
    @fenek78 Uwielbiam odmawianie prawa do wypowiadania się na temat Krakowa osobom, które nie mieszkają w tym mieście od minimum 5 pokoleń wstecz ;) Jakie to krakowskie. Dobrze mówią - jest w tym trochę gorzkiej prawdy, ale i jest to co dobre. Poza tym najlepiej o czymś mówić z pewnego dystansu, nie z perspektywy zasiedziałego w swoim mieście i zakochanego w nim krakusa.
    już oceniałe(a)ś
    5
    2
    @vesper_lynd Nie byłoby jednak od rzeczy cokolwiek wiedzieć, zanim się palnie. Urocza para nie wie NIC. "Mało" powiedzieć o tym, to zbytek uprzejmości. Nikt też nikomu nie odbiera praa do wypowiedzi, natomiast wypowiedzi publiczne publicznej podlegają ocenie. Także krytyce.
    już oceniałe(a)ś
    1
    2
    Niestety najgorzej z ludźmi w Krakowie. Jak nigdzie w Polsce są po krakowsku nabzdyczeni, nieuprzejmi, a czasami wyniośli. Choć w Krakowie byłam wielokrotnie to z sympatią wspominam nieliczne osoby, które zwyczajnie i po ludzku były sympatyczne. Reszta przywdziewała maskę uprzejmości (personel w restauracjach czy hotelach) spod której wyzierała niechęć i irytacja wynikająca z faktu, że ktoś czegoś od nich wymaga. Straszliwie prawicowi w swoich sympatiach politycznych.
    @polskagadka122 na dzień dobry deklarowali swoje sympatie polityczne?...
    już oceniałe(a)ś
    7
    2
    @polskagadka122 to nie krakowiacy ale lisy farbowane ze Slomnik, M'iechowa krakus taki nie jest
    już oceniałe(a)ś
    1
    2
    @polskagadka122 Rada jest prosta: nie przyjeżdżać. "Byłam wielokrotnie". Mój boże. Być wielokrotnie to nie znaczy wiedzieć. I to się Pani przytrafiło. Nie Pani pierwszej nb. "Ledwie stanąłem w hotelu na Floriańskiej ulicy, by odpocząć po trudach podróży, a tu jakiś wariat na wieży kościoła naprzeciwko gra na trąbie!! I tak co godzina" (Bolesław Prus). NIE PRZYJEŻDŻAĆ.
    już oceniałe(a)ś
    0
    2
    czytam i co i g......... nic jakies ludki pisza bzdury krakow zeby zrozumiec ,to trzeba TU mieszkac po pra dziadkach dziadkach i i to z obu stron meza i zony 120 lat to tak akurat .Bajoki bidoki co to krysztal, bibrostal hala targowa , nic Wam nie mowi a tak w [ ] to nie idziemy na Zyda tylko na Plac NOWY plac ZYDOWSKI CZYLI RYBNY NIE ISTNIEJE TAM JEST KNAJPA tzw Nowa i tyle znawcy
    już oceniałe(a)ś
    1
    3