Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Taki użytek ma być dla roślin, dla ptactwa, dla zwierzyny, dla poprawy powietrza, dla klimatu, dla większej ilości zieleni w mieście i w ten sposób służyć ludziom. Ten wymyślony przez radnych nie ma szans odegrać roli, jaką przypisują mu ekolodzy – mówią zgodnie prof. Mirosław Kasperczyk i dr hab. inż. Piotr Kacorzyk, profesor UR, specjaliści od traw i łąk oraz produkcji roślinnej z Katedry Agroekologii i Produkcji Roślinnej Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.

Czy teren na krakowskich Klinach, który deweloper kupił za 60 milionów złotych wraz z ważnym pozwoleniem na budowę bloków mieszkalnych, jest tak cenny, by – jak chce kilkoro radnych – utworzyć na nim użytek ekologiczny i de facto uniemożliwić tę inwestycję?

Prof. Mirosław Kasperczyk: Wedle naszej najlepszej wiedzy, już nie. Teren ten był cenny przyrodniczo jakieś 20 lat temu, gdy był rolniczo użytkowany. Jednak od tego czasu, z powodu kompletnego porzucenia, został zdewastowany.

Ile tam pozostało roślin chronionych?

Prof. Piotr Kacorzyk: Porównanie wyników naszych badań z wiosny tego roku z wynikami ekspertyzy sprzed dwóch lat świadczy o tym, że w krótkim czasie liczba roślin chronionych na krakowskich Klinach zmniejszyła się z 47 kępek kosaćca syberyjskiego do 21. Jeśli zachowamy ów obszar w stanie „dzikim", w jakim znajduje się od dwóch dekad, to te rośliny całkowicie znikną w ciągu dosłownie dwóch, trzech lat.

Co zatem można zrobić?

PK: Jedynym – podkreślam: jedynym – ratunkiem dla owych kosaćców syberyjskich oraz niedobitków pełnika europejskiego i storczyka plamistego jest ich przeniesienie stamtąd do warunków, w których mają szanse przetrwać i pielęgnowanie pod opieką specjalistów.

Co rośnie na Klinach prócz roślin chronionych?

MK: Głównie nawłoć kanadyjska, głóg, tarnina… Trzeba by to wszystko wykarczować, wyrwać korzenie, zaorać i ewentualnie dopiero użytek jakiś założyć, czyli de facto obsiać tworząc nową łąkę. To by kosztowało grube pieniądze. No i trzeba jeszcze wiedzieć, gdzie taki użytek założyć…

Nie tam, gdzie rosną te kosaćce?

MK: Nie widzę w tym sensu. Taki użytek ma być dla roślin, dla ptactwa, dla zwierzyny, dla poprawy powietrza, dla klimatu, dla większej ilości zieleni w mieście i w ten sposób służyć ludziom. Ten teren kompletnie się do tego nie nadaje.

Czy chronione gatunki roślin pojawiły się na Klinach bez udziału człowieka?

MK: Odwrotnie: te rośliny pojawiły się na Klinach i znalazły najlepsze warunki do rozwoju wtedy, gdy ten teren był odpowiednio użytkowany rolniczo. Kosaćcom syberyjskim najbardziej sprzyja wypas owiec i późne koszenie łąk. Owce to takie „kosiarki" działające wybiórczo, zjadają to, co im najbardziej smakuje. Nie pozwalają wyrosnąć za wysoko roślinom, które mogłyby zasłonić kosaćcom słońce, a zarazem odebrać wodę i składniki mineralne. Kosaćce muszą mieć także odpowiednie warunki wilgotnościowe gleby, zmieniające się w ciągu roku. O urządzenia melioracyjne na tym terenie przez lata dbali rolnicy, którzy regulowali poziom wody gruntowej. Zaniechanie rolniczego użytkowania katastrofalnie pogorszyło warunki siedliskowe gatunków chronionych.

A mamy w ogóle w Krakowie jakieś „naturalne łąki"?

PK: Nie! Naturalne łąki, powstałe bez ingerencji człowieka, znajdziemy w górach, wysoko nad poziomem morza. Na przykład na Śnieżce. Łąk pochodzenia naturalnego jest w Polsce około 5 procent. Natomiast w Krakowie wszystkie łąki są dziełem człowieka, przede wszystkim rozsądnego użytkowania przez rolników.

Krakowianie co rusz słyszą, że najlepiej zostawić takie łąki „w stanie dziewiczym".

PK: Jeśli ktoś utożsamia ekologię z zachowaniem jakiegoś porośniętego roślinami obszaru „w stanie dzikim", to znaczy, że on kompletnie nie rozumie, jak działa przyroda. Sytuacja na Klinach jest tego przykładem – nomen omen – klinicznym.

A konkretnie?

PK: Wraz z zakończeniem rolniczego wykorzystania tego terenu, chronione gatunki roślin, w tym kosaciec syberyjski, zaczęły tam wymierać, bo są cały czas wypierane przez gatunki inwazyjne, przede wszystkim obce, jak nawłoć kanadyjska, a także głóg. Nawłoć, która nie jest naszym gatunkiem rodzimym, tylko przywleczonym, bardzo łatwo się rozprzestrzenia zwłaszcza na łąkach nieużytkowanych. Wyrasta na wysokość półtora metra odbierając dostęp do słońca mniejszym roślinom, tworzy bogaty system korzeniowy, który doskonale konkuruje z innymi roślinami o wodę i składniki pokarmowe. Półmetrowy kosaciec syberyjski nie ma z nawłocią żadnych szans.

No ale mamy wciąż te – jak panowie ustaliliście – 21 kępek kosaćca.

PK: One przetrwały wyłącznie dzięki temu, że w niektóre miejsca przychodzi wciąż zwierzyna. Buchtują tam dziki, ale przede wszystkim sarny przygryzają trawę w miejscach, gdzie ona jest – z ich punktu widzenia – lepsza, sprawiając, że część terenu nie zarasta wysokimi roślinami zagłuszającymi kosaćce.

Ale długofalowo to nie jest skuteczny ratunek?

PK: Absolutnie nie.

Zalecacie zatem przeniesienie tych roślin gdzie indziej.

PK: Tak. Nie mamy uprawnień, by wydać decyzję, ale możemy – na bazie naszej wiedzy, wieloletniego doświadczenia, kompetencji – apelować o przeniesienie tych roślin w miejsce, w którym one mają szansę przetrwać, w towarzystwie innych roślin – przyjaciół kosaćca.

Jest już jakaś dobra lokalizacja?

PK: Wskazaliśmy dwie działki w pobliżu cieku wodnego, gdzie można te chronione rośliny przenieść, jesteśmy gotowi w tym pomóc, a także wytłumaczyć sens tej operacji wszystkim radnym.

Jest jakaś alternatywa?

PK: Jeśli na obszarze wskazywanym przez radnych na Klinach powstanie pseudoużytek ekologiczny, jeśli nawet wykarczujemy te drzewa i krzewy, by zasiać mieszankę traw, to powstanie łąka świeża, jakich wiele. Za ogromne pieniądze, bo przecież trzeba będzie ten teren kupić. A przecież możemy dzięki nim chronić przyrodę w innych miejscach Krakowie – tam, gdzie jest jeszcze co chronić.

Na razie wygląda na to, że my, podatnicy, możemy zapłacić wyjątkowo wysoką cenę za…

PK: …brak elementarnej wiedzy u mieszkańców. Staram się to wprawdzie tłumaczyć możliwie prosto i zrozumiale. Ale natrafiam na szokującą wręcz niechęć do przyjmowania wiedzy – zarówno po stronie części radnych, jaki i niektórych mieszkańców uważających się za obrońców przyrody.

Chodzi o obrońców nawłoci kanadyjskiej czy kosaćca syberyjskiego?

PK: To jest bardzo dobrze postawione pytanie. I zarazem idealny moment na to, by dokonać w polityce miasta punktu zwrotnego i dzięki pozyskanej wiedzy stworzyć spójną, mądrą strategię ochrony przyrody na terenie Krakowa. Dyskusja dotycząca utworzenia użytku ekologicznego na Klinach w miejscu, które nijak się do tego nie nadaje, zaczęła się wprawdzie nieszczęśliwie, ale mamy niepowtarzalną okazję obrócić ją ku wspólnemu dobru.

MK: Na Klinach, przy dobrej woli mieszkańców, radnych, władz miasta, dewelopera, działaczy ekologicznych, przy wsparciu naukowców, można przenieść wszystkie zagrożone rośliny chronione na odpowiedni dla nich teren i stworzyć tam modelowy wręcz użytek ekologiczny.

PK: Najpierw jednak wszyscy musimy się zgodzić, że zgodnie ze stanem wiedzy i logicznymi wnioskami płynącymi z badań naukowych – utworzenie przez RMK pseudoużytku ekologicznego na całym tym obszarze nie posłuży nikomu: ani chronionym roślinom (bo zginą), ani większości innych roślin, z wyjątkiem kilku inwazyjnych gatunków, które stworzą tam gęste chaszcze nie do przejścia, ani zwierzynie, ani okolicznym mieszkańcom, którzy tam po prostu nie wejdą (o spacerach z psem nie ma mowy!). Co więcej, taki pseudoużytek-nieużytek nie przyczyni się także do poprawy jakości powietrza na Klinach i w mieście, ani tym bardziej do ochrony klimatu.

Dlaczego?

PK: Ponieważ łąki nieużytkowane, niekoszone rozpoczynają proces fotosyntezy, czyli – w uproszczeniu – pochłaniają dwutlenek węgla produkując tlen, od kwietnia do sierpnia i potem zasychają, a np. kwietne łąki, koszone dwukrotnie czy czterokrotnie w ciągu roku, produkują tlen od marca do października.

MK: W społeczeństwie, które wie generalnie coraz mniej, a wydaje mu się, że wie wszystko – czerpiąc „informacje" z internetu – przetłumaczenie ludziom podstawowych faktów jest często nie lada wyzwaniem. Sesje rady miasta, spotkania mediacyjne z mieszkańcami bywają burzliwe. Ale ja uważam, że obowiązkiem naukowca jest rzetelne informowanie i edukowanie społeczeństwa. Bo jeśli wyposażeni w wiedzę naukowcy będą chować głowę w piasek i milczeć, to co nam zostanie? Czym jako społeczeństwo będziemy się kierować? Magią? Gusłami? Niepopartymi wiedzą przekonaniami?

A jaką rolę w ochronie przyrody mogą odegrać deweloperzy?

MK: Jest pewnym paradoksem, że deweloperzy dbając o otoczenie budowanych przez siebie bloków często przyczyniają się bardziej do ochrony środowiska niż ci, którzy w imię rzekomej ekologii chcą chronić zdegradowane, rzekomo „dzikie", działki. Owszem, kiedyś budowniczowie osiedli popełniali wiele grzechów, zabudowa była zbyt gęsta, brakowało miejsca na parkingi, a co dopiero na zieleń. Ale dzisiaj jest całkiem inaczej, bo zmieniły się są oczekiwania kupujących mieszkania.

PK: Mądrzy deweloperzy oferują osiedla pełne zieleni, niezbyt gęsto zabudowane. To zwiększa szansę na pogodzenie kilku ważnych celów: społecznego, jakim jest zapewnienie krakowianom odpowiedniej liczby mieszkań, estetycznego, czyli dbałości o urodę miasta, ekonomicznego, czyli rozwoju budownictwa, a także ekologicznego, troski o cenne gatunki roślin i stan klimatu.  

MK: Natomiast użytki ekologiczne powinno się tworzyć w takich miejscach i w taki sposób, by nie torpedowały rozwoju miasta, tylko go wspierały. Pomysł krakowskich radnych na użytek na Klinach to przykład torpedowania rozwoju. Mam jednak nadzieję, że w tym wypadku Polak okaże się mądry przed szkodą, a nie po szkodzie.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.