Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Dorota Musiał mieszka w Sosnowcu, pracuje w branży kosmetycznej. Wolny czas spędza bardzo aktywnie - wraz z rodziną podróżują, zwiedzają, zdobywają tatrzańskie szczyty, zimą wyprawiają się na narty.

Jesienią ubiegłego roku pani Dorota wybrała się na grzybobranie. Miejsce - obfitujący ponoć w grzyby las pod Krakowem - poleciła jej jedna z klientek firmy.

Na wyprawę zabrała psa, 5-letniego labradora o imieniu Luna. Grzybów, jak się okazało, było w niezbyt gęstym lasku jak na lekarstwo ("ledwo na jajecznicę starczyło" - podsumowała później plon wyprawy), spacerowała więc, bawiła się z psem. - Podniosłam patyk, zaczęłam go rzucać Lunie, ona przynosiła. Po którymś takim rzucie patyk wpadł do zagłębienia obok ścieżki. Schyliłam się, sięgnęłam, i wtedy zobaczyłam te dziwne kółka - opowiada Dorota Musiał.

Wśród liści i piachu dostrzegła "obrośnięte" rdzą obręcze, a obok nich fragment ostrza i dziwne, pałąkowate przedmioty. - Wyglądało to tak, jakby ktoś je do tego dołka wrzucił - dodaje.

Kto? Teren wokół znaleziska nosił liczne ślady niedawnej ludzkiej działalności, ktoś wyżłobił w zboczu trasę do zjazdów. Być może natknął się wówczas na rzeczy, które uznał za "pordzewiałe żelastwo" i wrzucił je do dołka.

- Widziałam podobne przedmioty na wystawie w muzeum, pomyślałam więc, że to może być coś cennego - opowiada dalej Dorota Musiał. Zebrała wszystkie porzucone w dole przedmioty, a miejsce znaleziska oznaczyła, obwiązując pień pobliskiego drzewa reklamówką.

Schyłek kultury łużyckiej

Szukając w internecie informacji, gdzie należy zgłosić znalezisko, natknęła się na pochodzący z krakowskiego wydania "Gazety Wyborczej" artykuł o archeologicznym odkryciu. Napisała do redakcji list.

- Wygląda to bardzo obiecująco. Może to przedmioty z brązu? - zastanawiał się archeolog Mirosław Kuś z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków w Krakowie, gdy pokazaliśmy mu dołączone do listu zdjęcie.

Gdy uważnie obejrzał przedmioty (ich przekazanie przez panią Dorotę nastąpiło w tym samym podkrakowskim lesie, w miejscu znalezienia), stwierdził, że pochodzą z epoki żelaza. Całe znalezisko - w sumie dziewięć obiektów - trafiło do Muzeum Archeologicznego w Krakowie. Tu przedmioty zostały wstępnie oczyszczone i poddane badaniom.

- Pochodzą najprawdopodobniej z wieku V p.n.e., być może z początków wieku IV p.n.e. To schyłek kultury łużyckiej, obejmującej większą część obecnej Polski przez cały okres epoki brązu oraz wczesną epokę żelaza. Niedługo później pojawili się tu Celtowie, ślady ich bytności znajdujemy pod Krakowem, na Śląsku, w okolicach Przemyśla - objaśnia Ryszard Naglik, archeolog z krakowskiego muzeum, który zajmuje się obecnie znaleziskiem.

Jak dodaje, wczesna epoka żelaza na południu Polski to okres bardzo rozrzedzonego osadnictwa (skutek wcześniejszych scytyjskich najazdów) i co za tym idzie, stosunkowo nielicznych znalezisk.

Siekierociosło, bransolety

Odkryty w lesie skarb ("skarb" w znaczeniu naukowym, nie potocznym - podkreślają badacze) składa się z ozdób i narzędzi.

Dwa kółka, które zaintrygowały znalazczynię, to nagolenniki. Są ciężkie, ważą po 66 dekagramów. - Cały skarb waży ok. 2 kg 20 dkg. Taką ilość żelaza znajdujemy, rozkopując kilka dużych osad. Zazwyczaj bowiem znajdujemy w nich małe przedmioty: nożyki, drobne ozdoby - zaznacza archeolog.

Zdobień na nagolennikach badacze nie znaleźli. Ma je za to kolejny przedmiot z tego zbioru: żelazny naszyjnik z zaczepem. Widać na nim tzw. tordowanie - spiralne skręcenie (inną metodą zdobienia było nacinanie - takie żłobienia widoczne są na końcówce przedmiotu). - Prawdopodobnie jest to tylko połówka naszyjnika. Przypuszczam, że już w czasie chowania skarbu był niekompletny - dodaje Ryszard Naglik.

Kolejne ozdoby to trzy bransolety - też pozbawione zdobień, wszystkie o identycznej wadze.

Łukowato wygięty kawałek żelaza to sierp. W dobrym stanie: brakuje mu wprawdzie końcówki ostrza, ma natomiast zaczep na rękojeść - czyli część, która rzadko się zachowuje (bo koroduje i odpada). Kolejne narzędzie to siekierka - właściwie "siekierociosło". W zależności od ułożenia rękojeści można było go używać np. do okorowywania drzewa, jako narzędzia ciesielskiego.

O ile te przedmioty dało się stosunkowo łatwo zidentyfikować, ostatni jest zagadkowy. Przypomina skutą sztabkę. Półprodukt do wykorzystania na później, nieudane narzędzie? Nie wiadomo.

Z lęku czy rytualnie?

- Waga tego skarbu jest duża. Sam w sobie jest bardzo ciekawy, poza tym przypada na okres, o którym tak mało wiemy - ocenia Ryszard Naglik. Zwraca też uwagę na dobry stan zachowania przedmiotów, być może spowodowany tym, że spoczywały one z dala od współczesnych pól i domów, w lesie. Jak tłumaczy, przedmioty znajdowane w ziemi ornej jeszcze do lat 60. wymagały tylko lekkich zabiegów konserwatorskich. Ale potem to się zmieniło, na niekorzyść. Powód? Nawozy sztuczne, które wnikają do gleby i szkodzą zabytkom.

Jak wyjaśnia archeolog, większość podobnych skarbów, zawierających ozdoby i narzędzia, była zakopywana poza obrębem dawnych osad. Ukrywano je w niespokojnych czasach, z obawy przed najazdem. Ale nie tylko z tego powodu. - Część badaczy przypuszcza, że motywy ukrywania takich skarbów mogły być rytualne, religijne. Może chodziło o ofiarę, oznaczenie przestrzeni zajmowanej przez daną grupę? - zastanawia się archeolog.

Czasem odkrywane skarby nie są jednorodne - zawierają zarówno wyroby z brązu, jaki i z żelaza. Aby się upewnić, jak było w tym przypadku, archeolodzy wrócili wiosną na miejsce znaleziska i przeprowadzili badania z wykorzystaniem wykrywaczy metali (stosowane do tego celu urządzenia wykrywają duże przedmioty do głębokości 2 metrów, a drobne - do 30 cm). Na brązy się nie natknęli, znaleźli jednak jeszcze parę żelaznych przedmiotów. Jeden z nich - nieduży, podłużny - przypomina grot, inny - zapinkę.

Wszystkie znalezione przedmioty zostaną poddane kolejnym badaniom. - Spróbujemy ustalić, czy zostały wykute w jednym miejscu, w jednym czasie i z jednego surowca. Jeśli pierwiastki śladowe w żelazie wykażą wspólne cechy, można z dużym prawdopodobieństwem domniemywać, że powstały w jednym warsztacie - objaśnia Ryszard Naglik. Jak dodaje, rodzimej wytwórczości żelaza z tego okresu w Małopolsce nie ma, musiałby to więc być import. Tylko skąd: z południa, zza Karpat, ze strony Śląska?

Jest coś dziwnego? Zgłoś!

Jesienią archeolodzy planują ponowne badania w podkrakowskim lesie. Będą szukać śladów palenisk i innych pozostałości po osadnikach, którzy mogli zostawić owe narzędzia i ozdoby.

Wszystkie przedmioty po całkowitej konserwacji (pokryte zostaną specjalną, zabezpieczającą substancją), będą w przyszłym roku prezentowane w Muzeum Archeologicznym jako "Zabytek Miesiąca".

Za "obywatelską postawę" uhonorowana zostanie przy tej okazji także znalazczyni. - Pani Dorocie należy się uznanie. Przede wszystkim za to, że zobaczyła w tych rzuconych do dołu przedmiotach zabytek. I że nie zatrzymała ich dla siebie, zawiadomiła o znalezisku - podkreśla Mirosław Kuś z Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków. Jak dodaje, wystąpi z wnioskiem do ministerstwa o przyznanie jej nagrody.

Taka postawa nie jest niestety powszechna - zdarza się, że wyposażeni w specjalistyczny sprzęt "poszukiwacze skarbów" rozkopują dawne grodziska i osady. Wyciągając pojedyncze, interesujące ich przedmioty (np. militaria), niszczą ważny dla archeologa kontekst, pozwalający wnioskować o charakterze znalezisk. Oczywiście nie wszyscy - są i tacy, którzy z naukowcami współpracują i o swoich odkryciach zawiadamiają.

Archeolodzy przyznają zresztą, że niektóre przypadkowe znaleziska - wyorane na polu fragmenty ceramiki, narzędzia - laikowi trudno powiązać z zabytkami. - Od czasów Celtów podstawowe narzędzia, np. siekiery, wyglądają właściwie tak samo. Nie mając archeologicznej wiedzy, nie sposób na pierwszy rzut oka ustalić, czy to rzecz z I w p.n.e., czy z XX wieku, z gospodarstwa dziadka - zauważa Ryszard Naglik.

Co więc robić, jeśli przypadkiem natkniemy się na "dziwne przedmioty"? - Najlepiej nie rozgrzebywać, zostawić tak, jak je zastaliśmy. Powstrzymać się przed chęcią sprawdzenia, czy to aby wszystko. Oznaczyć miejsce, zasłonić. I zadzwonić: do konserwatora zabytków - miejskiego, wojewódzkiego - lub do jakiejkolwiek placówki archeologicznej, czy to będzie muzeum czy instytut - podpowiada Mirosław Kuś.

Oczywiście, wszystko zależy od okoliczności: jeśli pozostawienie znalezisk w danym miejscu wiązałoby się z ich potencjalnym zniszczeniem lub zagubieniem, lepiej je zabrać i przekazać archeologom.

- Jednym słowem: "Jest coś dziwnego - zgłoś!" - podsumowuje Ryszard Naglik.

Można oczywiście, jak zrobiła to pani Dorota Musiał, zgłosić takie znalezisko do naszej redakcji. Natychmiast przekażemy informację właściwym instytucjom. Piszcie na adres: redakcja@krakow.agora.pl .

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.