Kiedy były te pierwsze upały tego lata, łaziliśmy z Osobą Towarzyszącą późnym wieczorem. Najchętniej w okolicach zadrzewionych, ma się rozumieć, no i zatrzymując się co jakiś czas dla pobrania zimnej wody. Przez kilka kolejnych dni chodziliśmy mniej więcej tą samą trasą, najpierw po Plantach w stronę Wawelu, potem w lewo, skrót przez Grodzką i gdzieś tam dalej, a na końcówce Grodzkiej dochodziło do scen gorszących, dla mnie wstydliwych: Osoba Towarzysząca przypominała mi, że kiedyś, dotknięty zaćmieniem umysłu, proponowałem jej wizytę w tym przesławnym lokalu.

Pozostało 87% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej