Polityczne emocje wokół gigantycznie drogiego stadionu przy ul. Reymonta odżyły w związku z widmem upadku Wisły Kraków, która wciąż nie wie, czy uda jej się spłacić długi. – Jeśli Wisła przestanie korzystać z tego obiektu, zostaniemy z kompletnie bezużyteczną inwestycją, która nie nadaje się do niczego innego niż gra w piłkę. Stracimy nawet te 6 mln zł, które za użytkowanie stadionu płaci teraz klub – ostrzega Andrzej Hawranek, szef komisji budżetowej. Argument ten pada z różnych stron podczas dyskusji, czy warto pomóc Wiśle w spłacie długów (klub zalega miastu na kwotę prawie 5 mln zł). By jednak Kraków nie był zakładnikiem klubu, wśród radnych dojrzewa inny pomysł.

Miasto nie ma planu B

– Wiem, że to niepopularny temat, ale by ten stadion zaczął na siebie zarabiać, by można tu było organizować wydarzenia masowe, musimy go dokończyć – uważa radny Jakub Kosek (komisja sportu i budżetowa), PO. – Jeśli nie odważymy się dodać kolejnych kilkudziesięciu milionów złotych, zawsze będziemy do tego stadionu dopłacać. Nasze działania blokuje na razie sądowy spór o prawa autorskie do tego obiektu, ale powinniśmy już teraz rozpocząć poważną dyskusję, co i za ile da się tu zmienić. Po przebudowie stadionu mogłaby nim zarządzać np. spółka miejska, która teraz z sukcesem zajmuje się Tauron Areną – wskazuje radny Kosek.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej