Około miliona złotych – tyle Kraków dostał z rządu na wdrażanie reformy edukacji w 2017 roku. Kwota pochodziła z rezerwy budżetowej (to 0,4 proc. subwencji ogólnej, które co roku w zależności od sytuacji przeznaczane jest na inne cele) i okazała się zdecydowanie za mała. Aby przygotować szkoły do reformy, miasto wydało z własnych pieniędzy 4,3 mln zł.

Gdy za oświatę pod Wawelem odpowiadała wiceprezydent Katarzyna Król, z magistratu szedł przekaz, że to nieduże środki i wydanie ich nie było dla miasta problemem. Tym samym Kraków podpisywał się pod słowami małopolskiej kurator oświaty Barbary Nowak i minister edukacji Anny Zalewskiej, które przekonywały, że dla samorządu „reforma była niemal bezkosztowa”.

Pismo przedsądowe

Teraz nastąpiła zmiana stanowiska miasta. Jak się dowiadujemy, przygotowane jest już pismo przedsądowe, które czeka tylko na podpis prezydenta. Adresowane jest do premiera i ministra finansów. Kraków domaga się w nim od rządu zwrotu ok. 4 mln zł wydanych na reformę. To przede wszystkim wydatki na przygotowanie pracowni przedmiotowych z chemii, fizyki i biologii dla siódmych i ósmych klas oraz wydatki na adaptację szkolnych pomieszczeń w związku z większą liczbą uczniów w szkołach podstawowych.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej