Zaczyna się to tak: „Myślę, że jest Pan rozpoznawalny przez klientów, warto byłoby zmienić swoją twarz (coś przykleić, inaczej uczesać włosy itp.)”. Droga Czytelniczko, o zmianie twarzy myślę, od kiedy mam jako taką świadomość własnego wyglądu. Po długim namyśle postanowiłem jednak nie przeprowadzać operacji ze względu na koszty. Pomyślę może o większym nosie, a odmienna fryzura z przyczyn naturalnych od dawna nie wchodzi już w rachubę. Trudno, musi zostać, jak jest.

Kuchnie tak mają

„Przy ul. Dajwór była Samarkanda”, wspomina Czytelniczka Maria, która w trzy dni po ukazaniu się artykułu udała się tam z mężem: „Żenada!”, pisze, „Lilipucie porcje, bardzo przeciętnej jakości. Musieliśmy potem natychmiast kupić precle, aby zaspokoić głód!”.

Restauracja uzbecka Samarkand otwarła podwoje, jak widzę, w kwietniu 2014 r., a zawiesiła działalność niecałe półtora roku później. Krótka przygoda niedoświadczonej ekipy, która zasługiwała jednak na zachętę, bo promowała trudne dania: po pierwsze oparte w większości na mięsie baranim, po drugie nieszczególnie nadające się do pięknego podania. Niektóre kuchnie tak mają. Cała historia jest już antyczna, niedokładnie pamiętam tę wizytę, ale wiem, że nie karmili źle – przynajmniej w dniu, kiedy tam jadłem. Że porcje małe? Niewiele restauracji pozwoli gościom najeść się tylko jednym daniem: zazwyczaj na większy głód trzeba zjeść dwa. To dziś niemal powszechna zasada. Porcje lilipucie to zbrodnia i naturalnie obsmarowałbym za nią restaurację, tyle że nie ma już kogo. My wiele lat temu nie mieliśmy problemu z zasobnością talerza wcale nie dlatego, że zostałem rozpoznany i doceniony dodatkową gramaturą. Oni, Droga Czytelniczko, chyba siebie nawzajem nie rozpoznawali: byli jak dzieci pogubione we mgle, choć dzieci grzeczne i miłe.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej