To mniej więcej rówieśnik Wschód Baru, czyli – jeśli liczyć restauracyjnym życiem – noworodek. Noworodki jednak, o czym wiedzą niektórzy rodzice, potrafią dać popalić.

Ruszyliśmy któregoś dnia zobaczyć, co tam się dzieje. Wnętrze, szczególnie pięknie zaprezentowane na zdjęciach, które wcześniej oglądałem, w rzeczywistości okazało się mniej okazałe: żeby w pełni docenić urok wyplatanych kloszy, należy zasiąść w knajpie wieczorem.

Wszystko tu jak trzeba, jest ołtarzyk z ofiarami, w tym z nieodzowną wódką, jest ruch, jest tłok. Wraz z Osobą Towarzyszącą ustawiliśmy się w kolejce, ale coś nic się nie działo, więc przeprosiwszy osobę przede mną, podszedłem do baru. Była sobota. Pan za ladą poinformował mnie, że nie będzie wolnych miejsc do przyszłego tygodnia. Tak właśnie rzekł. Ani jednego? – dopytałem jeszcze z ciekawości, a on na to, że nie.

Z plecami rozmawia się trudno

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej