Przedszkolaki i znajomi mówią na nią Cesi. Od trzech miesięcy jako wolontariuszka uczy angielskiego w przedszkolu „Krasnal” w Krakowie. Trafiła tam dzięki Polakom, których poznała w rodzinnym Caracas, stolicy Wenezueli, jeszcze zanim w 2014 r. wybuchł tam potężny kryzys polityczny, ekonomiczny i humanitarny.

Z Caracas do Krakowa

– Gdy podobnie jak większość mojej rodziny i znajomych zdecydowałam się wyjechać z ojczyzny, szukałam bezpiecznego miejsca do życia w Kolumbii, Stanach Zjednoczonych, Hiszpanii i Argentynie. Wreszcie znajoma zaproponowała, bym odwiedziła ją w Krakowie i sprawdziła, jak tu się będę czuła – mówi 33-letnia Ana Cecilia. – Teraz nie wyobrażam sobie, bym mogła żyć gdzie indziej – zapewnia. I zaraz smutnieje: – Niestety, we wtorek muszę wylecieć z powrotem do Caracas.

Jak mówi, wszystko przez wielkie nieporozumienie. Wylądowała na lotnisku w Balicach 18 października ubiegłego roku. Mając wizę turystyczną, mogła w Polsce legalnie przebywać 90 dni. – Ana była przedszkolanką moich dzieci, gdy mieszkaliśmy w Caracas. Zaproponowałam, by spróbowała pracy w krakowskim przedszkolu, z którym współpracuję – mówi Monika Śledź-Pacheco, przyjaciółka Any.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej