Rozmawialiśmy o wydanej we Włoszech w książce „Una vita con Karol” (po polsku „Życie z Karolem”), która u nas ukazała się jako „Świadectwo”. Po serdecznym przywitaniu usłyszeliśmy prośbę, żeby nie używać tytułów. „Stwarzają niepotrzebny dystans” – powiedział wtedy Ksiądz Kardynał. I poprosił, byśmy mówili po prostu: „Księże”.

Dla kogoś, kto rok wcześniej z Watykanu relacjonował dla „Wyborczej” uroczystości wręczenia Księdzu kapelusza kardynalskiego, takie zaproszenie do rozpoczęcia znajomości, naprawdę wiele znaczyło. Tym więcej, że widziałam, jaką estymą otaczają Księdza Kardynała w Rzymie. Na kolacji, jaką Legioniści Chrystusa wydali na cześć Księdza Kardynała w auli papieskiego uniwersytetu Regina Apostolorum, było wielu kościelnych hierarchów. Nie wiem, jak innych dziennikarzy z Krakowa, którzy także wzięli udział w przyjęciu, ale mnie ten osobowy skład onieśmielał. Nawet podawane przez ciemnowłosych alumnów zmrożone limoncello nie było w stanie obniżyć poziomu stresu.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej