Marsz narodowców wyruszył w niedzielę po godz. 10 spod oświęcimskiego dworca PKP. W tym samym czasie w mieście trwały uroczystości związane z 74. rocznicą wyzwolenia obozu Auschwitz. Na czele zgromadzenia szedł Piotr Rybak, skazany niegdyś przez sąd za spalenie kukły Żyda na wrocławskim Rynku.

Do Oświęcimia dotarł z opóźnieniem, bo – jak twierdzi – po drodze jego i jego współtowarzyszy sześć razy kontrolowała drogówka. – Policjanci z Rudy Śl. zarekwirowali nam sprzęt nagłaśniający, próbowali nas zatrzymać, ale my się nie damy – mówił Rybak do zgromadzonych.

Zgłoszone prezydentowi miasta

Jaki był powód zatrzymań? Czego w samochodach narodowców szukali policjanci? Co zarekwirowali? Te pytania zadaliśmy Mariuszowi Ciarce, rzecznikowi Komendy Głównej Policji. – Informacja taka jest ograniczona ze względu na prywatność osób – skwitował Ciarka.

Policjanci o planowanym w Oświęcimiu zgromadzeniu dobrze wiedzieli, bo zostało ono zgłoszone prezydentowi miasta. – Nie było ustawowych podstaw do wydania odmowy pozwolenia na marsz – twierdzi Katarzyna Kwiecień, rzeczniczka prezydenta Oświęcimia. Prawdopodobnie policja, obawiając się hucznego przemarszu narodowców w dniu rocznicowych obchodów, chciała sprawdzić, jakie rekwizyty wiozą ze sobą.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej