Jarosław Sidorowicz: Nie czuje się pan jak Don Kichot samotnie walczący z wiatrakami?

Michał Piech: – Trochę tak. Składając zawiadomienie w sprawie nieprawidłowości w Wiśle, towarzyszyło mi poczucie, że mogę zostać zlekceważony, a sprawa będzie zamieciona pod dywan. Już wcześniej, w innych sprawach, zawiadamiałem prokuraturę o swoich podejrzeniach, ale nie były to tak medialne historie i śledczy nic z nimi nie zrobili. Wiem, jak kiedyś sam oczekiwałem pomocy od organów ścigania i nikt mnie nie wsparł. Swego czasu próbowano mnie nakłonić do współpracy z różnymi grupami interesów, z którymi nie chciałem mieć nic wspólnego. I zaczęły się pogróżki, że zniszczą mi kancelarię, nie będę mógł pracować. Informowałem o tym różne osoby, ale znikąd nie otrzymałem pomocy. Wiem, jak czułem się wtedy bezradny. Zaszczuto mnie, bałem się z domu wychodzić i telefony odbierać. Ale mam to już za sobą i teraz w myśl zasady, co mnie nie zabije, to mnie wzmocni, wiem, że dzisiaj nie dałbym się tak sterroryzować. To mnie doświadczyło, ale i zmotywowało. Jest we mnie dużo determinacji. Nie jestem osobą, która boi się bandziorów. 

Pozostało 90% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej