Adaś jest dziś w zerówce. Jak wszystkie dzieci lubi czekoladę Oreo i zabawki. Poznaje literki, pisze „mama”, „tata” i „babcia”. Chodzi na basen i zajęcia z angielskiego. Często się uśmiecha, jest bystry i bardzo energiczny.

Cztery lata temu prawie zamarzł na śmierć. Kiedy trafił do szpitala w Prokocimiu, nie było wiadomo, czy się wybudzi. A jeśli tak, to czy godziny spędzone na mrozie nie pozostawią trwałego uszczerbku na jego zdrowiu? Czy będzie chodził? Czy będzie mówił?

Alarm

Noc andrzejkowa 2014 roku, a właściwe poranek dnia następnego. Mały Adaś noc spędzał u babci w Racławicach (ok. 50 km od Krakowa). Wspomina Marcin Słowik, dyspozytor Krakowskiego Pogotowia Ratunkowego: – Ranek przeszedł dość spokojnie jak na tę pracę. Aż o 9.14 odebrałem lakoniczne zgłoszenie: „znalezione dziecko przyniesione do domu”. Tylko tyle. Ponieważ my się tutaj stykamy ze skrajnie dziwnymi zgłoszeniami, zacząłem snuć domysły, co się za tymi słowami kryje?

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej