Na kamienicach przy rynku wiszą dwa wielkie banery: „Dochody – 93 mln zł, zadłużenie – 0 zł” – reklamuje się na jednej z płacht urzędujący burmistrz Mateusz Klinowski. „Burmistrz #DlaWadowic” – zachęca do wyboru wraz z żoną i dwójką dzieci Bartosz Kaliński, kandydat z PiS. Ale w Wadowicach już wszyscy wiedzą, że po niedzielnych wyborach nastąpiła zmiana. Czy dobra?

Ateista w papieskim mieście

Kiedy cztery lata temu wybory wygrał lewicowy ateista Mateusz Klinowski, o papieskim mieście mówiła i pisała cała Polska. Nowy burmistrz miał być lekiem na „chorobę filipińską” (nazwa wzięła się od nazwiska jego poprzedniczki Ewy Filipiak, która rządziła Wadowicami przez 20 lat) i spełnił te nadzieje – z magistratu usunął bliskich współpracowników poprzedniczki. Mieszkańcom zaś obiecał „rozbicie układu i uczciwość”, a także inwestycje i walkę ze smogiem. Zwolennicy bili brawo, polityczni rywale zaczęli szukać haków. Kilka razy działaniami Klinowskiego interesowała się prokuratura, ostro krytykował je także jeden z lokalnych portali. Podzieleni byli również sami mieszkańcy.

Z jednej strony apelowali do władz miasta o wyrzucenie smrodzących busów z postoju przy miejskim szpitalu, ale gdy Klinowski to zrobił, wiele osób miało mu to za złe. Części poirytowanych zmianą pasażerów nie przekonało nawet uruchomienie bezpłatnej komunikacji miejskiej, na którą gmina wydaje rocznie około 220 tys. zł. Inny przykład: wadowiczanie chcieliby oddychać świeżym powietrzem, ale gdy Klinowski zaatakował kopcące kominy lokalnych przedsiębiorców, polał się hejt.

Pozostało 83% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej