W zeszłym tygodniu rozpływałem się niemęsko nad restauracją w hotelu Puro na Kazimierzu, dziś przyszła pora na drugą część kompleksu gastronomicznego, hotelową kawiarnię i piekarnię w jednym, o swojskiej nazwie Mak. Śniadania podają przez cały dzień, przestrzeni jest mnóstwo, mają luksusowe wydawnictwa, są stoliki takie i owakie, każdy coś dla siebie znajdzie: biznesowi goście w zbyt ciasnych koszulach (taka teraz moda) i para tak wcałowana w siebie, że mało nie przewróciła stolika – no i wszyscy pomiędzy. Są tu ciasteczka, niby w typie polskim, ale z przekrętem, są desery zdecydowanie bardziej skomplikowane, jest i karta śniadaniowa, z której poszliśmy dwa razy skorzystać.

Konsystencja niekanapkowa

Mak („kawiarnio-piekarnia mieszcząca się na legendarnym Kazimierzu”) chlubi się chlebem, bo zawsze świeży. Trudno, by było inaczej, skoro to również piekarnia. Wzięliśmy śniadanie Mak, w którego skład ów chleb wchodzi, są go trzy rodzaje, do tego cztery pasty: papryka pieczona, fasola z pomidorami, makrela wędzona, bób z bekonem i ziołami. I tu zdziwienie: znam znacznie lepsze chleby pochodzące ze zwykłych piekarni.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej