Rozmowa z dr hab. prof. UJ Justyną Drukałą, biotechnologiem

Dominika Wantuch: Ile skóry pani potrzebowała, żeby uratować Kamila?

Justyna Drukała: Dwa centymetry kwadratowe. Więcej lekarze pobrać nie mogli. Kamil był tak bardzo poparzony, że jedynie skóra na głowie i częściowo na pośladku i w pachwinie mogła być użyta do przeszczepu. Lekarze twierdzą, że to był pacjent z największym procentem poparzonego ciała w Polsce, któremu udało się przeszczepić skórę i uratować go. Szczerze mówiąc, sama czasem myślę, że to cud.

Cud czy postęp medycyny? Jak się hoduje skórę do przeszczepu?

– Inżynieria tkankowa rzeczywiście rozwija się bardzo dynamicznie, a jej produkty w wielu przypadkach pozwalają rozwiązywać problemy kliniczne, dla których dotychczas nie było żadnych alternatywnych rozwiązań.

Ale wracając do skóry... Mówiąc bardzo technicznie, najpierw pobiera się od pacjenta bardzo mały jej wycinek. Następnie w laboratorium ten fragment zalewa się enzymami i poddaje trawieniu. Enzymy powodują, że pojedyncze komórki uwalniają się z tkanki. Wtedy umieszczamy je w naczyniach hodowlanych i przenosimy do inkubatorów. Komórki zaczynają się dzielić i tworzyć kolonie. Gdy już pokryją całe dno butelki hodowlanej, rozcieńczamy hodowlę – pasażujemy komórki, dostarczając im nową powierzchnię do dalszych podziałów. Komórki przygotowywane są do przeszczepu na zamówienie lekarza, który szacuje, jaka powierzchnia rany ma być pokryta komórkami. W zależności od zapotrzebowania hodowla może być kontynuowana dla osiągnięcia oczekiwanej liczby komórek. Ostatecznie pobieramy komórki z naczyń hodowlanych, po odwirowaniu uzyskujemy gęsty osad i mieszamy z klejem tkankowym. Tak przygotowany „produkt komórkowy” wylewamy na ranę.

Pozostało 81% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej