Być może odpowiedzialność za to zainteresowanie ciąży na mediach, które od czasu do czasu publikują rankingi najlepiej zarabiających pisarzy na świecie, podają milionowe nakłady ich książek oraz przychody z ekranizacji, czy też pokazują zdjęcia pałaców, w których autorzy ci mieszkają.

Media lubią liczby. Kiedy Wisławie Szymborskiej przyznano literacką nagrodę Nobla, jakiś dziennikarz napisał, że opublikowała ona około 200 wierszy i otrzyma za nie około miliona dolarów. Niejeden jej rodak obliczył więc, że daje to sumę około 5 tysięcy dolarów za wiersz, a taki wiersz to przecież krótka forma, na oko dość łatwa. Bardziej dociekliwi przekonali się, jak kiepski interes zrobił na Noblu Czesław Miłosz: po pierwsze – napisał o wiele więcej wierszy; po drugie – w latach 80. Fundacja Noblowska jakoś źle inwestowała kapitał swojego założyciela, bo nagroda była o wiele niższa.

Kiedy jednak przyjrzymy się temu, jak niewielu piszących odnosi sukces, a jak wielu ledwie wiąże koniec z końcem, sensowność wybierania tej akurat drogi zawodowej wydaje się umiarkowana. Tyle że tego typu rachunek prawdopodobieństwa jest o wiele mniej medialny od wspomnianych rankingów.

Może też być tak, że Polak nie myśli matematycznie i racjonalnie (notabene, wiele na to wskazuje). Działa na niego magia i prestiż zawodu. Ma w pamięci Wernyhorę i programy telewizyjne, w których pisarze wypowiadają się na każdy temat. Też by tak chciał. I mógł. Tylko jak to zrobić? Sięgnąć do światłych porad, oczywiście!

Właściwie można by było poprzestać na poradach wspomnianych noblistów: Miłosz twierdził, że pisać należy rzadko i niechętnie. Szymborska – że najważniejszym sprzętem w domu pisarza powinien być kosz na śmieci. Dodać by do nich można było zdanie Somerseta Maughama, że przy pisaniu obowiązują trzy zasady: niestety, nikt nie wie jakie.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej