Moi rozmówcy proszą, by nie podawać ich nazwisk, czasem nawet miejsc zamieszkania. A nie chodzi o przestępców, lecz o apostatów.

Milena z Wielkopolski. Przyjęła wszystkie sakramenty, apostatka od 2013 roku

Milena uważa, że jej historia jest dość typowa.

– Dlaczego? Podjęłam decyzję po długim procesie mentalnego odchodzenia nie tyle od samej wiary, co od tradycji, przyzwyczajenia i z potrzeby uczciwego potraktowania siebie i swoich dzieci. Stwierdziłam, że nie chcę dłużej trwać w takiej niedookreślonej sytuacji – zaczyna Milena. To jej prawdziwe imię.

Gdy podjęła decyzję, zaczęły się schody. Proboszcz parafii rodzinnej, 200 km od miejsca zamieszkania, nie chciał wydać świadectwa chrztu, jako niepotrzebnego do apostazji. – Pierwsza rozmowa była dość poprawna, choć ksiądz był zaskoczony. Druga przebiegała już bardzo nieprzyjemnie, ksiądz był nieuprzejmy, traktował mnie protekcjonalnie, próbował bagatelizować moje postanowienie. Na koniec dowiedziałam się, że to jakieś wymysły, wszystko przez „tego Palikota”, że jestem złą matką i dzieci będą przeze mnie nieszczęśliwe, a jak mi matka umrze, to i tak przyjdę prosić o pogrzeb. Wyszedł z proboszcza wiejski kleszyna, który wiedział, że ma nade mną władzę i może mnie odesłać z kwitkiem – wspomina.

Pozostało 89% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej