71-letni zakopiańczyk, znany pod przydomkiem „Ałuś”, to najwybitniejszy polski narciarz alpejski w historii. Dwukrotnie stawał na podium mistrzostw świata, na igrzyskach w Grenoble w 1968 r. zajął szóste miejsce w slalomie. Dziś o takich wynikach żaden Polak nie marzy. Jeszcze w 2002 r. w Salt Lake City syn Bachledy-Curusia, również Andrzej, ukończył slalom na 10. miejscu. Potem do tego wyniku nikt się nie zbliżył. Cztery lata temu w Soczi najlepiej wypadł Michał Jasiczek, który w slalomie był 23. Od dwóch lat żaden Polak nie zdobył w PŚ nawet punktu.

– Nie mamy dziś mężczyzn, którzy walczyliby nawet o trzydziestkę Pucharu Europy, czyli drugiej ligi. Poszliśmy bardzo szybko w dół, jest mi z tego powodu przykro – przyznaje Bachleda-Curuś.

Nieco lepiej jest u kobiet, bo w tym sezonie 14 punktów uzbierała Maryna Gąsienica-Daniel. O jej kolegach było ostatnio głośno dwa razy. Najpierw, gdy Paweł Babicki ukończył zjazd w Bormio, jadąc na jednej narcie. Później, gdy media obiegła awantura wokół wyboru reprezentanta na igrzyska w Pjongczangu. Ostatecznie do Korei wysłaliśmy dwóch narciarzy: Michała Jasiczka i Michała Kłusaka.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej