Sprawą zainteresowała nas Czytelniczka. Wiesz o czymś ważnym lub ciekawym? Poinformuj nas! Wyślij e-mail (redakcja@krakow.agora.pl) lub wiadomość na Facebooku, zadzwoń (12 62 95 231).

Przypadek pani Ireny jest typowy. W połowie stycznia na skrzyżowaniu w Krakowie doszło do kolizji z jej udziałem. – Nikomu nic się nie stało, skończyło się na zarysowaniu dwóch samochodów. Wezwaliśmy policję – opowiada pani Irena. – Policjant chciał dać mi mandat – 250 zł. Nie zgodziłam się, bo nie czułam się winna zaistniałej sytuacji. Co prawda wyjeżdżałam z podporządkowanej ulicy, ale to kierowca drugiego auta przekroczył ciągłą linię – dodaje.

O negocjacjach nie było mowy

Jak opowiada pani Irena, policjant doradzał jej, żeby jednak wzięła mandat, bo to sposób na szybkie załatwienie sprawy dla wszystkich, ale ona kategorycznie odmawiała. W tej sytuacji funkcjonariusz drogówki odesłał ją do auta. Po chwili wrócił, oznajmiając, że odbiera jej prawo jazdy i dowód rejestracyjny samochodu. – To był dla mnie szok, ale o żadnych negocjacjach nie było już mowy – opowiada.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej