Inni zaś wypowiadają się za lub przeciw Baranowi niezwykle kategorycznie; a jeden mój znajomy z jednakim zapałem to niszczy, to opiewa ów starożytny zakład mieszczący się vis-a-vis hotelu Royal, do niedawna będącego ulubioną miejscówką pana Macierewicza, Mefistofelesa naszych czasów. (Jakie czasy, takie mefistofelesy; i nie martwcie się, on wróci).

Znajome profesory

Do Barana z zapałem chodzi pani dyrektor muzeum sztuki, może przez te Dwurniki na ścianach, chodzi pewien poeta, pewnie sprawdza, czy jego fotografia tam wisi; chodzą rozmaite osoby ze świata polityki, chodzi biznes i lekarze, nawet jedna bliska mi wegetarianka tam była i jej smakowało. No, każdy chodzi, nawet ja, z różnych przyczyn, rzadko, ale jednak chadzam.

Najlepsze z całego towarzystwa są dwa znajome profesory, w życiu prywatnym przyjaciele: jeden chodzi, kiedy tylko może, sprowadza do Barana wycieczki zagraniczne i krajowe; drugi mieszka za oceanem i z odrazą nie chodzi, o co mu tym łatwiej, że nie może. Profesor uwielbiający powiada, że temu drugiemu kochać nikt nie każe, on sam jednak, zaznacza hardo, tamtejsze jedzenie uwielbia, i tu się malowniczo rozmarza; profesor gardzący rzuca tylko grubym słowem, kiedy o Baranie mowa.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej