Małgorzata Skowrońska, Michał Olszewski: Teatr swój widzi pan ogromny?

Jan Klata: Pytacie o przeszłość czy o przyszłość?

Pytamy o Stary Teatr.

– Czyli rozmawiamy o czasie przeszłym dokonanym. Żałuję, że muszę używać tego czasu. Powinniśmy rozmawiać za pięć lat: w moim subiektywnym mniemaniu tak byłoby sensowniej i dla zespołu, i dla publiczności. Wtedy, w idealnym świecie, w idealnej Polsce szklanych domów i niezależnej kultury moglibyśmy podsumować, co udało się zrobić, co miało sens. I wtedy miałbym wrażenie, że przebiegłem maraton, a nie półmaraton.

Ja „swój” teatr chciałem widzieć sensownym, i dla widowni, i dla zespołu. Chciałem, żeby widownia miała swój teatr bez taryfy ulgowej, bez łaszenia się, ale też bez silenia się na bycie nowatorsko niezrozumiałym. Żeby to był teatr, który za pomocą wielkich tekstów zajmuje się tym, co w Polsce ważne. Bo jesteśmy teatrem narodowym. Wielce dla mnie istotne słowo, choć wymiędlone, rozmieniane na drobne, zwłaszcza ostatnio sponiewierane i wyświechtane. Ale mimo to piękne.

I niesamowita relacja z widownią nam się udała. W każdym razie można było na tym budować, iść dalej. Ostatnie cztery i pół roku powinno też być oceniane przez pryzmat republiki artystów, zespołu, jaki udało się tu zbudować: fantastycznego, otwartego na mnogość języków scenicznych, wielopokoleniowego, unikatowego na skalę europejską, oraz znakomitych reżyserów, scenografów, choreografów, którzy zechcieli przyjąć moje zaproszenie do Starego, akurat tutaj pracować. Publiczność też dała się zaprosić, z tego, co zdążyłem zauważyć. Do końca grudnia zapewne jeszcze tak będzie, a później...

To, co zdarzyło się w teatrze, jest częścią większej całości: mimo sukcesów, dobrej passy, wyprzedanych biletów dyrektora trzeba odwołać. Dlaczego? Bo zerwanie ciągłości to jeden z celów Prawa i Sprawiedliwości. Jest w ogóle jakaś alternatywa dla Starego?

– Można minimalizować głęboko destrukcyjne skutki impulsu politycznego. Problem polega na tym, że cokolwiek wydarzy się w Starym, i tak uzyska legitymizację i błogosławieństwo wicepremiera Glińskiego. Dlaczego? Bo ten rząd nie potrafi przyznać się do porażki. Nawet gigantyczna katastrofa nie spowoduje, że PiS przyzna się do błędu, bo dla nich to oznaka słabości. Uważają, że straciliby honor.

Pozostało 86% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej