Jarosław K. Kowal: Odetchnął pan, kiedy zobaczył skład reprezentacji Polski na mecz z Włochami?

Wojciech Klich: Przede wszystkim ucieszyłem się. Występ Mateusza nie był może olśniewający, ale przyzwoity. Stać go na więcej, ale nie wszystko od razu, przecież nie było go w tej drużynie od czterech lat.

Więc małe błędy można wybaczyć...

– Błędy zawsze się zdarzają. Mateusz był jednak aktywny, próbował grać do przodu, ale też pomagał w defensywie. Po jego odbiorze padł gol dla Polski.

I przypomina pan to jako trener, czy jako tata?

– Na grę syna patrzę okiem trenera, choć ojcowski stres też się pojawia. Każdy chce, by jego dziecko wypadło jak najlepiej. Zresztą przed i po meczach rozmawiamy, wymieniamy uwagi. Coś pewnie do syna dociera, choć kiedyś było inaczej. Prowadziłem go w trampkarzach w Tarnovii i wtedy rzadziej mnie słuchał. Jak to dziecko.

Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej