Jarosław K. Kowal: Sądziłem, że spotkamy się pod stokiem, a pan mnie zaprosił do biura nieruchomości.

Wojciech Taraba: To rodzinna firma. Dużo trenuję, przez 120 dni w roku nie ma mnie w Krakowie, więc trudno byłoby znaleźć innego pracodawcę.

Powiedział mi pan przed wywiadem, że inny dawno by pana zwolnił.

– Na szczęście rodzice są wyrozumiali. Muszą być, bo ze sportu wyczynowego w formule paraolimpijskiej w Polsce nie da się żyć. Może niektórzy wychodzą na zero, ale większość zawodników dokłada do interesu. Mamy pomoc z ministerstwa, mamy pomoc z klubów, ale to nie wystarcza. Resztę trzeba organizować na własną rękę. Na przykład ja potrzebuję protezy nogi, która kosztuje 40–60 tys. zł. A i to niepełna kwota, bo do tego dochodzi zestaw lejków, rękawów silikonowych...

Kolejna sprawa: do treningów potrzebujemy specjalnych torów, których w Polsce nie ma. Więc muszę wyjeżdżać. Na przykład w tym sezonie cztery razy trenowałem w Alpach, raz w Finlandii i raz w Kanadzie. Byłoby tego więcej, ale uległem poważnemu wypadkowi. Złamałem kostkę, zerwałem dwa ścięgna, do tego wstrząśnienie mózgu i bardzo poważne stłuczenie kikuta.

Pozostało 88% tekstu
Artykuł dostępny tylko w prenumeracie cyfrowej Wyborczej

Wypróbuj cyfrową Wyborczą

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych, lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej