Pobyt jest nadmorski, co dało mi jedyną w swoim rodzaju możliwość zapoznania się w krótkim czasie z jedzeniem w pendolino, z jedzeniem na dworcu w Gdyni (cóż, zapomnijmy o sprawie, dobrze? Powiem tylko, że już na dworcu czuć morski powiew cenowy); w końcu zaś, i z tym do was przychodzę, z wakacyjnym jedzeniem wegetariańskim.

Otóż znalazłem się jako osoba towarzysząca w wegetariańskiej grupie żywieniowej. Oni ćwiczą jogę, ja nie ćwiczę. Czasem chodzę nad morze. Oni chodzą na medytacje, my na kawę. Oni rozmawiają o medytacjach i o jodze dla młodych matek, my, szczerze mówiąc, wolimy poczytać. Tak to mniej więcej wygląda.

Na początku były warzywa

Na takim wyjeździe jada się dwa razy dziennie, i są to dwa posiłki obfite. Opowiem o tym detalicznie, gdyż nie jest to opowieść o tych jednostkowych wakacjach, tylko o zmaganiach, które cały ten kraj toczy z jedzeniem bezmięsnym. Zmaganiu, w moim pojęciu, dość ciekawym. Ludzie z całego kraju, ich specyficzne, niesłychane, skandaliczne wymagania żywieniowe, no i w ogóle cała ta joga - to wszystko spadło na ośrodek, w którym się obecnie znajduję jak nagła burza. Musieli tu być, tak to sobie przedstawiam, solidnie zestrachani: czy biskup pozwala na bezbożną gimnastykę? Czy diecezja pochwala niejedzenie świni? Takie musieli tu sobie zadawać pytania. Ponieważ jednak wegetarianie płacą, zrobili im coś do zjedzenia. Ponoć na początku było to strasznie złe. Podobno też zmieniło się na lepsze.
Twoja przeglądarka nie ma włączonej obsługi JavaScript

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Pełne korzystanie z serwisu wymaga włączonego w Twojej przeglądarce JavaScript oraz innych technologii służących do mierzenia liczby przeczytanych artykułów.
Możesz włączyć akceptację skryptów w ustawieniach Twojej przeglądarki.
Sprawdź regulamin i politykę prywatności.